Romuald Kołodziejczyk

 

 

Mój przyjaciel Tadeusz Klukowski

 

Romuald Kołodziejczyk   

Tadeusz Klukowski

 

 

 

Romuald i Tadeusz

Romuald Kołodziejczyk z lewej i Tadeusz Klukowski z prawej

Druga połowa lat czterdziestych dwudziestego wieku

 

Chcę poświęcić tych kilka stron mojemu przyjacielowi Tadeuszowi Klukowskiemu, który m. in. w latach 1945- 47, kiedy byłem drużynowym drużyny harcerskiej przy Gimnazjum i Liceum w Szczebrzeszynie, był moim przybocznym. Razem chodziliśmy do szkoły. Mieszkaliśmy we dwóch na stancji podczas nauki w Liceum w Zamościu.

 

Mieliśmy w Szczebrzeszynie pistolet maszynowy "Sten" z amunicją, którym opiekował się Tadeusz, oraz dwa angielskie granaty, którymi ja się opiekowałem, ponieważ Tadeusz bał się ich panicznie. Przechowywaliśmy ten "arsenał" na strychu przyszpitalnego kościoła. Po "arsenale" zostały już tylko zdjęcia.

 

Z lewej Tadeusz Klukowski z prawej Romuald Kołodziejczyk.

 

Tu od razu dygresja. Jest anegdota, przypisywana Piłsudskiemu, który pod koniec życia miał powiedzieć z westchnieniem: Boże, gdybym ja w Legionach miał tylu legionistów ilu jest ich teraz. Odnosi się to całkowicie do Tadeusza i dra Klukowskiego. Ciągle spotykam się z ludźmi, lub słyszę o ludziach, którzy powołują się na przyjaźń z Tadeuszem i twierdzą, że byli częstymi gośćmi w domu Klukowskich. Owszem, miał Tadeusz, jak każdy, kilkudziesięciu kolegów klasowych, lecz z tych, jak pamiętam, bywał u niego w domu jedynie Cezary Klus, siostrzeniec majora Markiewicza "Kaliny" szefa Zamojskiego inspektoratu AK, który jest teraz lekarzem w Opolu. Kiedy Klukowscy zamieszkali vis a vis szpitala w tzw. kamienicy Guzowskiego, bywał również u nich także Ryszard Guzowski, rówieśnik Tadeusza i wnuk właściciela kamienicy.

Dr Klukowski bardzo niechętnie widział gości w czasach, gdy mieszkał z żoną i Tadeuszem w szpitalu, gdyż czyjakolwiek obecność rozpraszała jego uwagę.. Dla doktora mieszkanie było azylem, oazą ciszy i spokoju w którym, najczęściej przed i po pracy w szpitalu, zajmował się pisaniem, segregowaniem materiałów lub czytaniem. Jestem przekonany, że wielu tych, którzy twierdzą, że bywali u p. Klukowskich niezależnie od tego czy są dzisiaj profesorami, czy pseudo historykami, nie byli ani zapraszani, ani przyjmowani. Ja zawsze złośliwie pytam ich o rozkład pokoi w mieszkaniu państwa Klukowskich, oraz w którym pokoju spał Tadeusz. I z pełną satysfakcją przyjmuję brak odpowiedzi. A już na pytanie jak zdrobniale nazywali siebie państwo Klukowscy i Tadeusz, prawidłowo odpowiedział tylko Rysiek Guzowski, no i oczywiście jego stryj, ksiądz infułat Henryk Guzowski, u którego rodziców Klukowscy zamieszkali po tym, jak musieli opuścić mieszkanie służbowe w szpitalu. Oczywiście to nieprawda, że Tadeusza w domu nazywano Małek jak pisze w swojej książce Aleksander Przysada. Późniejszy ksiądz infułat był, w 1946 roku, aresztowany przez UB razem z doktorem za działalność w konspiracji po akowskiej, i wraz z nim wywieziony do więzienia w Tomaszowie Lubelskim. Po święceniach kapłańskich został powiernikiem różnych poufnych spraw dra Klukowskiego - o czym później...

Po przeprowadzce do kamienicy Guzowskiego doktorowi pozostawiono w szpitalu pomieszczenie, w którym znajdowały się jego zbiory, biblioteka, i wszystkie potrzebne mu do pisania przedmioty. Tam przebywał doktor najczęściej. Jako ciekawostkę dodam, że na drzwiach biblioteki doktora widniał napis, iż żadnych książek nie pożycza, czego zresztą bezwzględnie przestrzegał.

Stamtąd przychodził do mieszkania w kamienicy Guzowskiego na obiad. Siedząc przy stole w oczekiwaniu na podanie zupy, czy drugiego dania, z rękoma opartymi do przegubów o stół, lekko bębnił palcami, a usłyszawszy, że ktoś poruszył jakiś miejscowy temat z zaciekawieniem zwracał się do niego z całą serią szybkich pytań: co, co, co, co. Nie bywałem tam często na obiedzie, ale zapamiętałem te zachowania, gdyż dużo później coś z tego przejął Tadeusz i próbował go naśladować, bębniąc palcami po stole. Doktor "uczył" mnie poprawnego języka polskiego. Gdy powiedziałem np. szczebrzeskim rusycyzmem: "ta litra mleka" kazał przynieść Tadeuszowi słownik, i poszukać w nim tego słowa, które oczywiście poprawnie brzmiało ten litr. Książkę pożyczył mi tylko raz, za to dał nam do czytania słownik wyrazów obcych. Nauczyliśmy się z niego z Tadeuszem wielu słów i mieliśmy satysfakcję stosując je w potocznej rozmowie tak, że często nasz rozmówca nie bardzo wiedział, co do niego mówimy.

Również w nowym mieszkaniu Tadeusz przyjmował niewielu więcej kolegów. Nabierał cech dra Klukowskiego, a mianowicie pewnego dystansu do otoczenia, wynikającego z pozycji dr Klukowskiego w mieście. Wyrażało się to postawą: widzę cię, witam się z tobą, ale nie mamy sobie wiele do powiedzenia. Oczywiście wszystko to w taktowny i kulturalny sposób, który mógł mylić ludzi mniej subtelnych.

Podobnie i pani Zofia Klukowska nie lubiła wielu odwiedzin. Była prawie zawsze w złym humorze, zrzędliwa, aczkolwiek nie opryskliwa i bez złości do ludzi. Może tak mi się wydawało, może tylko dawała wyraz swojemu niezadowoleniu np. z tego, że nie wycieramy dokładnie butów, zapytałem więc o to żyjących jeszcze kolegów. Wszyscy stwierdzili to samo, że sprawiała wrażenie osoby niezadowolonej z życia. Trudno jej się dziwić. Wyszła za mąż mając 22 lata za 46- letniego doktora, który miał trzy namiętności: szpital, bibliofilstwo i pisanie. Na dom i żonę już nie wystarczało zapewne zbyt wiele czasu, a nie wiem, czy panią Zofię interesowały specjalnie intelektualne zainteresowania męża. Państwo Klukowscy nie utrzymywali prawie żadnych stosunków towarzyskich, i w tej sytuacji życie pani Zofii sprowadzało się w zasadzie do spraw przyziemnych, jak dbanie o porządek i czystość mieszkania oraz na zajęciach kuchennych. Z jej nie opublikowanych pamiętników często przebija szarość życia: zakupy na targu i sprzeczki za służącą i Tadeuszem. Ze słynnych Bismarkowskich trzech K nie wchodził w rachubę pani Zofii kościół, ponieważ dr Klukowski, nie mogąc uzyskać z pierwszą żoną unieważnienia małżeństwa (a rozwody i śluby cywilne były prawnie nieznane), przeszedł razem z panią Zofią na wyznanie ewangelickie i 31 stycznia 1931 roku wzięli ślub w zborze ewangelickim w Wilnie. Pani Zofia nie miała również własnych dzieci, a Tadeusz zjawił się w jej życiu jako kilkuletnie dziecko. Jej stosunek do niego był bez zarzutu, ale nie matczyny.

Tadeusz urodził się 15 maja 1931 r w szpitalu w Szczebrzeszynie jako syn służącej (salowej) Marii Kość nazywanej Kościcha lub Kościelska (takie przekręcanie rodowego nazwiska zdarzało się b. często np. moja prababka ze Szczebrzeszyna jest wymieniana w trzech dokumentach: chrzcin, ślubu i śmierci jako Kalita, Kalicicha i Kalicińska), i, jak powszechnie twierdzono, Jana Białego malarza pokojowego ze Szczebrzeszyna, zamieszkałego przy ulicy Frampolskiej. Po urodzeniu Tadeusz został ochrzczony w kościele parafialnym pod wezwaniem św. Mikołaja i otrzymał imiona Tadeusz Zenon. Nie sporządzono jednak aktu urodzenia. Wiadomo tylko, że chrztu dokonał ksiądz Henryk Blicharski, a rodzicami chrzestnymi byli Jan Biały i koleżanka matki o nieustalonym nazwisku. Matka Tadeusza w chwili porodu miała 21 lat.

Akt urodzenia spisano dopiero w 1935 roku na życzenie Zofii i Zygmunta Klukowskich. Dyrektor szpitala dr Zygmunt Klukowski i jego poślubiona cztery miesiące przed urodzeniem Tadeusza żona postanowili, nie mając własnych dzieci, wziąć go na wychowanie. W akcie tym zapisano, że był synem Marii Kościelskiej "służącej i ojca niewiadomego". Jako powód opóźnienia sporządzenia aktu urodzenia podano "wyjazd matki dziecięcia i pozostawieniu go na opiece ludzi obcych" Pozostawiła go w szpitalu, gdzie był wychowywany. Jan Biały również wyjechał. Sporządzając ten akt urodzenia pamiętano jeszcze dokładnie stan faktyczny z roku 1931.

W latach późniejszych pojawiła się wersja, że naturalnym ojcem Tadeusza był

dr Klukowski. Wersję tę przekazał syn doktora z pierwszego małżeństwa George (Jerzy), stale mieszkający w USA, który przyjechał do Polski w roku 1991, i poszukiwał pamiątek po swoim ojcu. Wydaje mi się, że jest to świadek mało wiarygodny, gdyż opuścił ojca i wyjechał z matką jako pięcio lub sześcioletni chłopiec, a widział się z drem Klukowskim raz w życiu, w 1947 roku, przypadkowo, kiedy Klukowski był w Norymberdze, i to tylko przez jeden dzień. Cóż mu wtedy mógł powiedzieć dr. Klukowski? Jedynie, że ma syna, zapewne bez słowa: adoptowanego. Nie bez znaczenia jest fakt, że George Klukowski przyjechał do Polski po 32 latach od tego spotkania a więc po czasie, kiedy wiele rzeczy zamazuje się w pamięci lub przeinacza.

Co do ojcostwa Tadeusza jestem przekonany, że wersja ojcostwa Białego jest bardziej prawdopodobna. Nie tylko dlatego, że tak powszechnie w Szczebrzeszynie mówiono. A przecież w tak małym miasteczku wiadomo kto z kim ma dziecko. Kościelska nie chciała tego dziecka, o czym świadczy fakt, że zostawiła go na łasce obcych ludzi. Zaś plotki na temat dra Klukowskiego uważam za niewiarygodne. Dla dra Klukowskiego byłaby ta ciąża, gdyby był jej sprawcą, rzeczą fatalną, bowiem jeździł w tym czasie w konkury do późniejszej żony Zofii Szymańskiej, z którą wziął ślub, gdy Kościelska była w piątym miesiącu ciąży. Nic prostszego w tej sytuacji jak wykonać aborcję, gdyż dla obojga ciąża ta byłaby wysoce niepożądana. Przy tym nie byłoby żadnych wahań natury etycznej, gdyż dr Klukowski w swoich pamiętnikach tak omawia ten problem: "Zgłaszały się kobiety wiejskie, mieszczanki, Żydówki, żony i córki urzędników, policjantów, żony lekarzy, inżynierów, adwokatów, sędziów, prokuratorów oraz liczne ofiary związków nielegalnych i stosunków przelotnych. Nawet księża nie stanowili pod tym względem wyjątku. Bywały nieraz zdarzenia, kiedy usuwając ciążę z pewnością ratowałem kobietę od śmierci samobójczej, a jeszcze częściej decydowałem o jej dalszym losie". Czyżby w tej sytuacji, decydującej być może o losie jego małżeństwa, nie podjął by radykalnej decyzji i nie przeprowadził aborcji? Nie przeprowadził gdyż ta ciąża go nie obchodziła, nie był jej sprawcą.

Trzeba przy tym powiedzieć, że pomiędzy Tadeuszem, dr Klukowskim i jego synem George nie zachodzi najmniejsze nawet fizyczne podobieństwo.

Spytałem o te sprawy księdza infułata Henryka Guzowskiego, który napisał: "BEZPOŚREDNIO OD DR ZYGMUNTA KLUKOWSKIEGO (podkreślenie moje) wiem, że Tadeusz Koscielski (a po adopcji prawnej Klukowski) był synem posługaczki szpitalnej Marii Kość, nazywanej przez niektórych Kościelską, i Jana Białego.[..]. Najczęściej i najwięcej rozmawiałem z doktorem wtedy, gdy przebywałem u rodziców po świeceniach kapłańskich, które otrzymałem w Gorzowie Wlkp. 29 czerwca 1954 r. i po odbytych prymicjach w kościele parafialnym

Św. Mikołaja w Szczebrzeszynie. Doktor zamieszkiwał wtedy w tym samym domu piętro niżej[....]skąd znam sporo wiadomości i szczegółów z jego życia prywatnego ".

Trzeba tutaj dodać, że był to czas po powrocie dra Klukowskiego z więzienia we Wronkach, i przygotowywania się, do powrotu do Kościoła Katolickiego m.in. przez przystąpienie do sakramentu pokuty i Komunii Świętej. Dalej ksiądz Guzowski pisze: "Doktor bardzo przeżywał zbliżające się przyjęcie do Kościoła Katolickiego, a zwłaszcza przystąpienia do sakramentów świętych". "W czasie naszych rozmów przytaczał swoje refleksje na tematy religijne, pytał o ich poprawność katechizmową, stawiał też wiele konkretnych, szczegółowych zapytań dotyczących korzystania z sakramentów Świętych".

Myślę, że rozmowy te były szczere i bardzo głębokie, ze względu na to, że znajomość księdza i doktora ze wspólnych działań w ruchu oporu i pobytu w więzieniu skłaniały do większej otwartości, niż z oficjalnie wyznaczonym przez biskupa do tych rozmów księdzem.

Tadeusz uczęszczał do szkoły powszechnej w Szczebrzeszynie, a po jej ukończeniu przerobił, na tajnych kompletach zorganizowanych z inicjatywy dra Klukowskiego, a prowadzonych w jego szpitalnym gabinecie przez p. Janinę Jóźwiakowską, program pierwszej klasy gimnazjalnej. W roku 1944 rozpoczął naukę, od drugiej klasy, w Państwowym Gimnazjum i Liceum w Szczebrzeszynie, a po jego przekształceniu w 1947 roku w Liceum Pedagogiczne, uczył się w Liceum w Zamościu. Przed przeniesieniem się do Zamościa, dnia 2 sierpnia 1947 roku, postanowieniem Sądu Grodzkiego w Szczebrzeszynie nastąpiło przysposobienie Tadeusza Kościelskiego przez Zygmunta i Zofię z Szymańskich małżonków Klukowskich. Odtąd Tadeusz nosił nazwisko Klukowski. Było to w istocie potwierdzenie stanu faktycznego, gdyż Klukowscy wychowywali Tadeusza już od wielu lat.

Tadeusz był przesiąknięty atmosferą konspiracji, partyzantki, wyniesioną z domu dra Klukowskiego. Dr Klukowski brał czynny udział w działalności ruchu oporu. Jako nieprzeciętny historyk- amator zebrał niezwykły zasób dokumentów obrazujących terror hitlerowski na Zamojszczyźnie, zagładę Żydów i wysiedleń ludności powiatów: Zamość, Biłgoraj, Hrubieszów i Tomaszów Lubelski. A także z walk oddziałów AK i BCh, które stanęły w jej obronie, w tym zbiór osobistych wspomnień uczestników tych walk, zarówno dowódców jak i zwykłych żołnierzy. Były to relacje pisane "na gorąco" a więc stanowiące swoiste dokumenty historyczne. W prowadzonym przez doktora szpitalu leczyło się wielu rannych partyzantów. W jego mieszkaniu służbowym w szpitalu często przebywał ktoś z konspiratorów, odbywały się tam spotkania, a czasem narady dowódców oddziałów partyzanckich. Stąd znajomość licznych uczestników ruchu oporu. Wszystkie zebrane dokumenty i relacje pozwoliły dr. Klukowskiemu na zredagowanie i opublikowanie kilku tomów materiałów źródłowych do dziejów i walki Zamojszczyzny, a osobiste przeżycia do prowadzenia dzień po dniu kapitalnego "Dziennika z lat okupacji". Swą obfitą wiedzę o terrorze hitlerowskim wykorzystał jako świadek w jednym z procesów w Norymberdze, na który powołał go amerykański prokurator.

Po wojnie nie zaprzestał swojej działalności, brał udział w podziemiu po akowskim, co doprowadziło go do czterokrotnego aresztowania i skazania: pierwszy raz na dwa lata, a drugi raz na dziesięć lat więzienia.

Prawie wszystko to odbywało się na oczach Tadeusza, który przyjmował to po dziecinnemu (w roku 1944 miał 13 lat), jako dalszy ciąg przygód Pana Wołodyjowskiego i Kmicica. W jego domu, jak zresztą w wielu innych, panowała atmosfera nieomal patriotycznej egzaltacji.                                            

W latach szkolnych, tuż po wojnie, Tadeusz chodził w ubraniu uszytym na wzór angielskiego munduru w kolorze zielonym, z jednym pagonem zielonym a drugim czarnym, i maciejówce również koloru zielonego. Mam do dzisiaj jego zdjęcia w tym mundurze. Był to pewien substytut działalności partyzanckiej. Miał dawać do zrozumienia, że coś jest na rzeczy. A także w pewien sposób imponować, szczególnie dziewczynom. Kiedy był w gronie koleżanek wpadałem, wcześniej z nim umówiony, i szeptem, ale tak żeby wszyscy słyszeli, plotłem jakieś banialuki, które miały oznaczać, że ktoś tam przybył i natychmiast musi się zameldować, lub ktoś przyjechał i trzeba go sprawdzić itp. Do legendy przeszło, kiedy wpadłem do Haliny Gąskównej, jego ówczesnej sympatii, gdzie zebrało się kilka koleżanek i zawołałem: Tadek, przyjechał jakiś siusiek! Ot takie chłopięce zabawy w wojsko, lub w przysłowiowych "policjantów i złodziei".

W trójkę z Tadeuszem i Cezarym podciągaliśmy doktorowi nalewki ( pytanie do tzw bywalców, gdzie doktor je trzymał?). W trójkę też robiliśmy eskapady na cmentarz o północy, a we dwóch z Tadeuszem podkop pod klasztor, gdzie znajdowały się trumny ze zwłokami sióstr franciszkanek.

 Tadeusz lubił śpiewać partyzanckie piosenki, lecz niemiłosiernie fałszował, co dawało mi się we znaki szczególnie, kiedy mieszkaliśmy razem w Zamościu. Nie miał kompletnie słuchu, za to pięknie, z talentem rysował żołnierzy. Mam do dzisiaj jego rysunki które podpisywał np. "Błysk", MP (miejsce postoju), i datę.

  

W latach 1945 i 1946 r. byliśmy na dwu obozach harcerskich: w Wysokiem

k/ Zamościa i w Zwierzyńcu. Byliśmy członkami powołanego przy zamojskim hufcu ZHP koła starczo harcerskiego złożonego z drużynowych, ich przybocznych i kilku starszych wiekiem i stopniami harcerzy. Inauguracja odbyła się, jak pamiętam, z pewnym ceremoniałem harcerskim. Wieczorem w lesie za Brodzą Górą koło Szczebrzeszyna, przy ognisku, gdzie każdy z nas na brzozowej korze wypisywał swój pseudonim harcerski.

 W tymże 1946 r, rok po wojnie, wybraliśmy się z Tadeuszem na zwiedzanie Polski. Wg posiadanych kartek pocztowych, które wysyłałem z drogi do rodziców, ze Szczebrzeszyna do Katowic jechałem całą dobę. Mieliśmy się spotkać z Tadeuszem i Cezarym Klusem we Wrocławiu, ale spotkaliśmy się dopiero w Jeleniej Górze. Potem już tylko z Tadeuszem pojechaliśmy dalej na święto morza do Szczecina. Byliśmy na pewno doroślejsi, niż dzisiejsi nastolatkowie, i mieliśmy odważnych rodziców, którzy nie wahali się puścić nas w drogę, gdzie pociągi jeździły, kiedy mogły i chciały, a łączność była tylko listowna i to najczęściej list "szedł" kilka dni.

W 1947 roku rozpoczęliśmy z Tadeuszem (i kilkoma innymi kolegami ze Szczebrzeszyna) naukę w Liceum im. Jana Zamoyskiego w Zamościu. Wynajęliśmy z nim, we dwóch pokój u naszego łacinnika prof. Składnika. Odtąd przebywaliśmy z sobą niemal cały czas chodząc do jednej klasy i razem mieszkając.

W wielu opracowaniach, a także w trakcie procesu Tadeusza w roku 1952, jaki odbył się w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, jest mowa o tym, że w latach 1947- 48 Tadeusz należał do konspiracyjnej organizacji harcerskiej "Szara Brać". Otóż nic o takiej organizacji nie wiedziałem. Pytałem o to również kolegów z naszej klasy szkolnej braci Stanisława i Ireneusza Kasprzysiaków, u których przez ostatni, maturalny rok mieszkał Tadeusz. Pierwszy, znany archeolog, pisarz i tłumacz literatury włoskiej, a drugi redaktor i sekretarz redakcji "Przekroju".. Oni też nic nie wiedzą o jego przynależności do tej organizacji. Jest nieprawdopodobne, aby Tadeusz to przed nami ukrywał, a odwrotnie znając go dobrze jestem pewny, że usiłowałby nas do niej wciągnąć, lub przynajmniej przynależnością do niej się pochwalić.

Ta harcerska organizacja rozwinęła działalność, wg mojej wiedzy, w drugiej połowie 1949 r., a więc kiedy opuściliśmy już Zamość. Istniały niesprawdzone ale prawdopodobne plotki, że od samego początku była spenetrowana jeśli nie wręcz założona przez UB. Jej członkowie zostali aresztowani, chyba w 1950 roku, i przetrzymywani na Zamku w Lublinie. Skazany został, zdaje się, tylko jej organizator Edmund Winiarski. Tadeusz nie został aresztowany, co świadczy, że nie brał udziału w tej organizacji.

Prokurator w akcie oskarżenia, w procesie Tadeusza w 1952 r., zarzucił mu, że nawiązał kontakty z nielegalną organizacją "Szara Brać", a gdy okazało się, że organizacja ta, składająca się przeważnie z młodzieży harcerskiej, jest w niedostatecznym stopniu zakonspirowana, utworzył nielegalną organizacje KOS która miała być przedłużeniem starego harcerstwa.

W wyroku Nr 895/52 z dnia 1.12.1952 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie przyjął tylko częściowo oskarżenie prokuratora i ustalił, że Tadeusz "na przełomie 1947 i 1948, w Zamościu, brał udział w związku pod nazwa Konspiracyjne Oddziały Skautowe /KOS/ mającego za zadanie kontynuowania tradycji i form tzw. Starego Harcerstwa którego ustrój i cel miał pozostać tajemnicą wobec władzy państwowej czym dopuścił się przestępstwa z art. 36 Dekr. z dn. 13.6. 1946 r." i za czyn ten skazał go na 8 /osiem/ lat więzienia. Wynika z tego, że nie udowodniono mu udziału w organizacji pod nazwą "Szara Brać".

"Prawdopodobnie o organizacji ( być może o chęci wstąpienia do "Szarej Braci" ) zwierzył się, lub szukał rady dra Klukowskiego. Świadczą o tym wspomnienia Konrada Bartoszewskiego "Wira", jednego z najbardziej znanych dowódców partyzanckich Zamojszczyzny: Wir pisze: "Wypada więc cofnąć się do roku 1949. Przy okazji odwiedzałem od czasu do czasu dr Klukowskiego. Pewnego razu udałem się do niego na jego listowne wezwanie. Po przyjeździe dowiedziałem się, że prosi mnie o rozmowę z jego synem, uczniem ostatniej klasy gimnazjum w Zamościu. Gdyż on z kilkoma kolegami prowadzi działalność konspiracyjną. Chodziło bodaj o tajne harcerstwo, co mogło grozić wsypą, aresztowaniem itd. Zgodziłem się na rozmowę z chłopcami. Przyszło dwóch najlepszych kolegów Tadeusza, którym starałem się wyperswadować tę działalność ze względu na brak doświadczenia w pracy konspiracyjnej i bliskość matury. Chłopcy uznali moje racje i według dr Klukowskiego zaprzestali konspirować".(Jerzy Jóżwiakowski "Armia Krajowa na Zamojszczyźnie" tom II)

Trzeba przy tym zaznaczyć, że organizacja KOS składała się z Tadeusza i jego dwu kolegów i nawet prokurator nie wymienił żadnej jej działalności. W tym bowiem czasie Tadeusz studiował prawo na Uniwersytecie Marii Curie- Skłodkowskiej w Lublinie, a od roku 1950 mieszkał w Warszawie, kiedy to przerwał studia po aresztowaniu jego ojca dr Zygmunta Klukowskiego. Drugi członek KOS-u, Jerzy Kurzępa ze Zwierzyńca, był jeszcze w Zamościu do 1951 r. Trzeci, Waldemar Pobutkiewicz, był uczniem Technikum Leśniczym w Zwierzyńcu. Jakże więc mogli efektywnie współdziałać.

Co prawda do protokołu z Rozprawy Głównej w dniu 27.11.1952 r Tadeusz zeznał m.in.: "Z nielegalną organizacją p.n. "Szara Brać" nawiązałem kontakt wraz z Kurzępą przy końcu roku 1947. Uczęszczaliśmy wówczas do liceum w Zamościu. Organizacja "Szara Brać" składała się przeważnie z młodzieży harcerskiej. Uważaliśmy, że jest ona nie dość dobrze zakonspirowana i dlatego wspólnie z Kurzępą i Pobudkiewiczem Waldemarem utworzyliśmy nielegalną organizację p.n, "Konspiracyjne Oddziały Skauta"( tak zapisano w oryginale) Do KOS zwerbowałem 2 osoby. Jeżeli chodzi o prace w "KOS" to postanowiliśmy kontynuować ją w tym kierunku, ażeby była ona dalszym ciągiem "starego" harcerstwa. Od połowy 1949 r. działalność K.O.S.-u uległa zahamowaniu, ponieważ ja i Kurzępa wyjechaliśmy z Zamościa".

Publicyści powtarzają bezkrytycznie wersję "Szarej Braci" choć nie jest ona prawdziwa. Po pierwsze: w roku 1947 ZHP był jeszcze "Prawdziwym harcerstwem" tj. opartym na przedwojennych zasadach, prawie i przyrzeczeniu. (Patrz: Andrzej Jóżwiakowski:Związek Harcerstwa Polskiego w Szczebrzeszynie w latach 1944-1949) Po drugie: Jerzy Kurzępa nie wyjechał z Zamościa, chodził o dwie klasy "niżej od nas" i dopiero w 1951 uzyskał maturę. (Patrz: Bogumiła Sawa: Akademia Zamojska 1594-1994). Po trzecie: przy końcu 1947 r. Tadeusz nie znał Pobudkiewicza i prawdopodobnie Kurzępy, (który miał wtedy 15 lat) ewentualnie tego drugiego niewiele, może z obozu harcerskiego w Zwierzyńcu, w każdym razie za mało, aby z nim zakładać konspirację.

Ani ja, który z Tadeuszem mieszkałem w roku szkolnym 1947/48, ani Stanisław Kasprzysiak z którym Tadeusz mieszkał w roku szkolnym 1948/49, ani inni bardzo bliscy koledzy: Zbigniew Chałupka, Jerzy Stadniuczuk, Adam Małaszewski (wszyscy chodziliśmy do jednej klasy), nic nie wiedzieliśmy o jego przynależności do "Szarej Braci" ani o organizacji KOS. Jest to, jeszcze raz powtarzam nieprawdopodobne i wręcz niemożliwe, aby ukrywał to przed nami. Bo jak już wspomniałem znając go dokładnie wiem, że nie tylko chwaliłby się tym, ale próbował nas zwerbować, gdyż znał nas w tym czasie na pewno lepiej niż Kurzępę lub Pobudkiewicza.

Z drugiej jednak strony było jego życiowym marzeniem, aby wziąć udział w takiej organizacji. Nikt z nas najbliższych przyjaciół nie popierał jego propozycji, wielokrotnie powtarzanych, aby zawiązać jakąś podziemną organizację. Być może dlatego, że byliśmy (niektórzy sporo jak na ten wiek) od niego starsi, a trzech miało za sobą działalność konspiracyjną podczas okupacji niemieckiej. Wiedzieliśmy, że teraz najważniejsza jest nauka.

Jest za to bardzo prawdopodobne, że na początku śledztwa w 1952 r,. Tadeusz z premedytacją skierował go w kierunku KOS-u. (wymyślił KOS?) Od sprawy KOS zaczyna się zresztą jego przesłuchanie na Rozprawie Głównej. Do czegoś bowiem musiał się przyznać, sądząc zapewne, że tym osłaniał ważniejsze sprawy. Dalsze śledztwo musiało być jednak potworne skoro przyznał się nawet do posiadania i wydania broni, choć musiał zdawać sobie sprawę, że to już nie niewinny KOS, ale sprawa która grozi śmiercią..

            W roku 1949 po uzyskaniu matury Tadeusz rozpoczął studia prawnicze w Lublinie. Ja w Szczecinie w Akademii Handlu Zagranicznego. Drogi nasze rozeszły się. Niestety, o ile do roku 1949 miałem na niego jakiś wpływ, to później, kiedy on był od roku 1950 w Warszawie, gdzie pracował i nie miał urlopów w terminach zgodnych z moimi feriami świątecznymi i wakacjami, widywałem go już tylko kilka razy do roku, podczas przejazdu przez Warszawę do domu na święta czy wakacje. Ostatni raz widzieliśmy się podczas mojego powrotu do Szczecina, z ferii świąt Bożego Narodzenia w styczniu 1952 roku. Zatrzymałem się u niego chyba na dwa dni. Odwiedziliśmy kilka knajp i mocno pod gazem pojechaliśmy do niego do Józefowa. Nie mieszkał, jak napisano w wyroku przy ulicy Na Plebani lecz Ku Plebani. Wtedy, w nocy zerwał się ze snu, wcisnął w kąt pokoju i krzyczał: krew, wszędzie krew, zabierzcie tę krew. Na drugi dzień nie wiedząc, czy było grane przez niego przedstawienie, czy rzeczywiście zabrnął gdzieś za daleko, chciałem go wysondować. Odpowiedział mi słowami z Pieśni o Rolandzie: im mocniej napniesz łuk, tym dalej leci strzała, a ja teraz napinam łuk. A może w tym czasie "nagrywał" już swoje przystąpienie do organizacji "Kraj"?                                          

Prawdopodobnie, wiedząc o moim negatywnym stosunku do działalności konspiracyjnej w ówczesnych warunkach, postanowił nic mi nie mówić. Domyślając się, co się święci przestrzegałem go, że działalność taka w siódmym roku po wojnie, w czasach stalinizmu, kiedy nie wiadomo ilu i kto jest konfidentem, jest już nie fanfaronadą czy zabawą, ale może być samobójstwem.

Do organizacji " Kraj", jak podaje akt oskarżenia, wprowadziła go na jego prośbę dwa miesiące później, w marcu 1952 r., Jadwiga Janiszowska, siostrzenica drugiej żony dra. Zygmunta Klukowskiego, pani Zofii Klukowskiej. Organizacja ta zasłynęła z wykonania wyroku śmierci w 1951 r. na Martyce, redaktorze audycji radiowej "fali 49". Audycja ta włączała się w trakcie różnych audycji radiowych i po słynnym: "mówi fala 49" zaczynała w sposób ohydny i ordynarny, z nienawiścią opluwać armię Polską na zachodzie, jej dowódców i rząd na emigracji, Armię Krajową i jej dowódców, historię Polski itd. itp. Wszyscy czterej wykonawcy wyroku na Martyce zostali aresztowani, skazani na karę śmierci i straceni. Tadeusz nie brał udziału w zabójstwie Martyki, nie należał nawet jeszcze wtedy do organizacji "Kraj".

Jadwiga Janiszowska wraz ze swą siostrą Barbarą mieszkały w Warszawie. Poznałem je, chyba w 1951 r., wprowadzony tam przez Tadeusza. W tym czasie zacząłem gwałtownie łysieć, i za poradą lekarzy chodziłem z ostrzyżoną "do zera" głową. Tadeusz zaprowadził mnie do Janiszowskich dając im, i innym do zrozumienia, że jego przyjaciel właśnie wrócił z miejsca gdzie "strzygą głowy".

Do dzisiaj nie jest to jasne, ale wydaje się, że organizacja "Kraj" była spenetrowana lub rozpracowana przez UB, bowiem, w krótkim czasie wszyscy jej uczestnicy zostali aresztowani. Nie bardzo jest też jasna działalność jej dowódcy majora Zenona Tomasza Soboty, vel Zenona Tomaszewskiego pseudonim "Jan", który podczas okupacji niemieckiej działał w strukturach AK na Rzeszowszczyźnie. Po wyzwoleniu był starostą będzińskim, od września 1945 r. prezydentem Katowic skąd odszedł wg jednej wersji za malwersacje, wg innej sam zrezygnował. Później związał się z ruchem ludowym w Wielkopolsce, w 1947 r. został starostą zielonogórskim i podobno podjął współpracę z organami bezpieczeństwa. Na początku lipca 1952 r., po aresztowaniu członków organizacji "Kraj" uciekł do Zwierzyńca, gdzie został zastrzelony w walce z mającymi go aresztować członkami MO.

Tadeusz został aresztowany 2.7.1952 r., zaledwie po trzech miesiącach działalności konspiracyjnej, i osadzony w słynnym więzieniu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie.

Nic nie wiemy o śledztwie i metodach jego prowadzenia. Wiemy tylko, że w tym czasie były one potworne. Mimo tego Tadeusz nie załamał się do końca i np. nie wymienił mojego udziału w magazynowaniu "Stena" z amunicją i dwu granatów angielskich na strychu kościoła poklasztornego. Nie zdradził także, że wiedzieli o tym Ryszard Guzowski i Wacław Drożdżyk. Uratował nas tym samym co najmniej od długoletniego więzienia i potwornego śledztwa.

Jak opowiadała mi Iza Bakońska współoskarżona z Tadeuszem, bronił on jej podczas procesu jak tylko mógł, a sąd stwierdził w wyroku, że próbował tłumaczyć swą działalność pobudkami ideologicznymi. Dr Klukowski w swoich wspomnieniach z pobytu w więzieniu we Wronkach, pisze, że adwokat Weisfield ( tu ciekawostka dwaj Żydzi o tym nazwisku figurują w przedwojennym spisie ludności Szczebrzeszyna, jeden jako właściciel piwiarni, drugi hotelu), który bronił i doktora i Tadeusza powiedział mu, że Tadeusz podczas procesu zachowywał się fantastycznie.

Działalność Tadeusza w ciągu tych trzech miesięcy była, wg aktu oskarżenia, bardzo intensywna. Zwerbował do współpracy Jerzego Kurzępę, wtedy już studenta UMCS w Lublinie, i Antoniego Grobickiego studenta KUL-u w Lublinie. Wraz z nimi dokonał wielu "czynów niedozwolonych". Cytuję w skrócie:

-od marca 1952 do 2. 7. 1952 w Warszawie usiłował przemocą zmienić ustrój PRL

-26 5.1952 używając broni rozbroił kaprala MO

-na początku czerwca 1952 przy użyciu broni próbował rozbroić oficera WP

-w drugiej połowie maja 1952 przy użyciu broni miał zamiar rozbroić posterunek MO

-11 4.1952 uszkodził tory kolejowe i wykoleił pociąg towarowy

-w I połowie kwietnia badał możliwość uszkodzenia radiostacji w Raszynie

-przechowywał bez zezwolenia broń- pistolet "Sten" w Szczebrzeszynie, a w maju w Warszawie pistolety "Walter" i "Steyer"

-9 5.1952 uzbrojony przywłaszczył na szkodę adwokata Branickiego 10.000 zł i teczkę

-25.5 1952 uzbrojony usiłował w mieszkaniu adwokata Buszkowskiego znaleźć akta sprawy Jerzego Brauna ( siedział za AK) i przywłaszczyć je

-11.6.1952 uzbrojony usiłował w mieszkaniu adw. Grafa przywłaszczyć pieniądze

-dodatkowo na przełomie 1947/48 brał udział w związku KOS

 

W dniach 27 i 28 listopada 1952 odbyła się rozprawa przed Wojskowym Sądem

Rejonowym w Warszawie w składzie:

Przewodniczący: mjr Litmanowicz Władysław (Abram- Wolf Litmanowicz) specjalista od wyroków śmierci, w roku 1957 wyemigrował do Izraela.

Ławnicy kpt Dranomirecki Jerzy i ppor Perykasza Zdzisław

Prokurator ppłk Ligięza Henryk

Protokolant sekr. Suchocka Zofia

 Adwokaci :

      Klukowskiego z wyboru adw. Weisfield

      Kurzępy z wyboru adw. Kaut (lub Kant).

      Grobickiego z urzędu adw. Korzeniewski

prosili o łagodny wymiar kary.

W ostatnim słowie Tadeusz prosił o łagodny wymiar kary, a Kurzępa i Grobicki o niższy wymiar kary niż śmierć.

Na zakończenia rozprawy przewodniczący poinformował, że wyrok zostanie ogłoszony w dniu 29.11.1952 r. o godzinie 14.00. W rzeczywistości ogłoszono go w dniu 1.12.1952. Nie znamy przyczyny- czy sąd się naradzał, czy konsultowano wyrok gdzieś wyżej?.

Tadeusza skazano łącznie, za wszystkie w/w czyny, dwukrotnie na karę śmierci na 120 lat więzienia.

Podobne wyroki otrzymali Kurzępa Jerzy i Grobicki Antoni

      Rada Państwa decyzją z dnia 3.6.1953 r. nie skorzystała z prawa łaski w odniesieniu do Tadeusza Klukowskiego. Karę śmierci wykonano 16. 6 1953 r. Do dzisiaj nie wiadomo gdzie został pochowany.

Kierowały Tadeuszem patriotyzm, czystość intencji i poświęcenie, oraz wytrwałość w dążeniu, żeby walczyć. Zginął nasz kolega Tadeusz za wolną Polskę. Zginął a raczej został zamordowany w młodym wieku co, jak zawsze powtarzał, wywróżyła mu cyganka. Urodził się o dziesięć lat za późno, wtedy walczyłby w wymarzonej partyzantce.

"Tadka dramatem było nadmierne urzeczenie konspiracją i ten jej wybór niejako po czasie, i to grubo po czasie, a jego tragedią stały się ubeckie porachunki z całym światem, a przy okazji z nim i doktorem Klukowskim"- napisał w liście do mnie Stasio Kasprzysiak. Święte słowa..

Organizacja byłych więźniów politycznych w Zamościu, której przewodniczył Zbyszek Chałupka bliski kolega Tadeusza z maturalnej klasy, wniosła do sądu w Warszawie o pełną jego rehabilitację. Sąd, jak to się mówi w prawniczym języku, zniósł tamten wyrok.

Dzisiaj jedyną pamiątka po Tadeuszu, oprócz naszej pamięci, jest niewielka mosiężna tabliczka przymocowana do grobu państwa Klukowskich na cmentarzu w Szczebrzeszynie, a także jego nazwisko uwidocznione na tablicy ofiar UB znajdującej się na ścianie więzienia mokotowskiego, przy ul Rakowieckiej w Warszawie..

I trochę prawdziwych i nieprawdziwych słów w artykułach gazetowych i książce Aleksandra Przysady.

Dwukrotna kara śmierci i 120 lat więzienia za trzy miesiące działalności, przyjmując nawet, że pewne czyny kryminalne są karalne w każdym ustroju, to w przypadku Klukowskiego, Kurzępy i Grobickiego jest jawnym morderstwem sądowym. Ba, Iza Gajewska z domu Bakońska zwerbowana przez Kurzępę w dniu 27 czerwca,. aresztowana 2 lipca.1953 r, za pięciodniową działalność w organizacji "Kraj" otrzymała wyrok 12 lat więzienia, tak jak za morderstwo. Dla tego później, niezawisłe już sądy wyrok ten zniosły.

Prośba Tadeusza Klukowskiego o łaskę została przez Radę Państwa odrzucona gdyż pełnił on funkcje dowódcy. Np. przy tych samych zarzutach o spowodowanie katastrofy kolejowej pod Płochocinem, w stosunku do Kurzępy i Grobickiego zastosowano np. art. 13 & 1 Dekretu z dnia 13. 6. 1946 r., zaś w stosunku do Klukowskiego dużo ostrzejszy art. 15 & 2 tegoż dekretu.                                

Najprawdopodobniej chciano uderzyć również w jego ojca dr Zygmunta Klukowskiego, który został aresztowany w nocy z 2 na 3. 7 1952 r. pod zarzutem, że wiedząc o organizacji "Kraj" nie zawiadomił o tym odpowiednich władz. Z uwagi na dużą popularność i uznanie jako historyka okupacji niemieckiej, a przede wszystkim jednego z niewielu świadków z Polski na Procesie Norymberskim, nie byłoby "politycznie" mocno uderzyć w doktora osobiście. Zrobiono to wydając potworny wyrok na syna. Zresztą wyrok jaki Zygmunt Klukowski otrzymał, 10 lat więzienia, dla chorego na serce sześćdziesięciosiedmioletniego mężczyzny był wyrokiem śmierci, przed którą uratowała go amnestia w 1954 roku.

Oprócz Klukowskiego, Kurzępy i Grobickiego, skazano na karę śmierci wszystkich aresztowanych w tym czasie członków organizacji "Kraj": w dniu 20.9.53r Krystynę Metzger (której aresztowanie 24 czerwca prawdopodobnie zapoczątkowało kolejne aresztowania), 7. 11 Jadwigę Janiszowską, 20. 11 Annę Przyczynek (wymienianą w dokumentach śledztwa jako narzeczoną Tadeusza).

Wyrok śmierci wykonano tylko na Tadeuszu Klukowskim.

Jerzemu Kurzępie Rada Państwa zmieniła wyrok z kary śmierci na dożywotnie więzienie, po czym amnestia na 12 lat więzienia. Jurek przebywał w więzieniu bodaj do 1956 r. Po zwolnieniu nie podjął już studiów, lecz skończywszy kurs księgowości, pracował jako księgowy w szpitalu w Ciborzu w Zielonogórskim. Ożenił się i miał troje dzieci. Zmarł w lutym 1974 r w wieku 42 lat na rozległy zawał serca. Został pochowany w Zwierzyńcu.

Losu Grobickiego nie znam.

Prokuratorowi ppłk Henrykowi Ligęzie komisja, powołana w 1956 r przez KC PZPR, do zbadania nadużyć w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i Informacji Wojskowej ( tzw. Komisja Mazura), postawiła m.in. następujące zarzuty:

-brak nadzoru nad metodami śledztw prowadzonych w MBP i Informacji Wojskowej                             

-niereagowanie na skargi więźniów o stosowaniu przestępczych metod śledczych-oskarżanie w spreparowanych sprawach pomimo braku dowodów, lub jawnie wymuszonych zeznań

-tłumienie krytyki ze strony podległych prokuratorów na metody przesłuchań przez śledczych MBP i Informacji Wojskowej

-nieprotokołowanie zeznań korzystnych dla oskarżonych

-używanie gróźb

-kwalifikowanie skarg oskarżonych na katowanie jako prowokacji

-określanie, przed komisją, tzw. komwejera jako metody słusznej

-przyjmowanie, wbrew obowiązkom prokuratora, informacji śledczych MBP i Informacji Wojskowej bez sprawdzania

-stosowanie osobiście przymusu wobec osób aresztowanych

Niestety nie wiem czy i jakie poniósł za to konsekwencje.