Strona Główna



JAN JURCZYKOWSKI.

Szczebrzeszyn okresu międzywojennego


W pobliżu rzeki Wieprz znajdowała się mala chałupka Jóźwiakowskich, w której mieszkało aż 20 osób - dwoje rodziców, szesnaścioro dzieci i dwoje wnucząt - rodzina ta nosiła przezwisko "szesnastka".
Idąc od ich chałupki po mostku na rzece Śwince przechodziło się do budynku rzeźni. Pierwszy budynek to była rzeźnia dla bydła, drugi - rzeźnia dla świń. Po przeciwnej stronie rzeźni w kierunku miasta był żydowski , duży młyn. Za młynem nad rzeka była studnia artezyjska.
Plac przed młynem zajęty był na składowisko drewna, które przywożono do tartaku - stał niedaleko od młyna. W tartaku przecierali drzewo na tarcicę o różnych wymiarach, oraz wytwarzali gonty. Właściciele młyna trudnili się usługami dla miejscowej ludności i handlem drzewem (tera w miejscu tartaku mieszka p. Mączka i jest targowisko).
Nieopodal kamieniczki Fleischera był żydowski, drewniany, piętrowy dom - mieszkała tam cała rodzina. Dom kahalny na górce, stoi obok synagogi; w tych budynkach na górze mieszkali Żydzi. Tam wyżej jest sad kahalny.1

***

Oni [Żydzi] chodzili poubierani w ładne kapelusze i jesionki ciemno - siwe. Przeważała biedota, ale oni się ratowali. Mimo, że był polski urząd, polski magistrat - Żydzi mieli własną organizację. Później to młodsze pokolenie zaczęło sobie pozwalać - a to kiełbaskę, a to... Młodzi chłopcy z pejsami, wszyscy do szkoły chodzili, a panienki, jak to panienki...
Tam ulicą Zwierzyniecką, jak było święto wszyscy Żydzi szli na spacer, tam wszyscy spacerowali, a nasze chłopaki podrywali ich [dziewczęta]; taki trochę podrywacz, to był Michalski.
Stałą władzą była władza polska i jej stałe przepisy. Żydzi mieli dodatkową władzę własną tzw. "gminę żydowska", na czele której stał rabin i zespół doradczy. Posiadali również religijną szkołę żydowska - jej uczniowie nosili pejsy koło uszu zawinięte w rulonik. Święto żydowskie rozpoczynało się w piątek wieczorem i kończyło w sobotę po obiedzie. Znakiem do rozpoczęcia święta było uderzanie - przez upoważnionego Żyda2 młotkiem drewnianym w drzwi sklepu. Właściciel wypraszał klientów, zamykał i od tej pory świętował. Nie brał do ręki pieniędzy.
W piątek Żyd odprawiał modły w domu okryty białym szalem w czarne pasy,3 z założonym na czole czarnym przedmiotem wielkości 2 paczek zapałek zamocowanych tasiemką do czoła.4 Tasiemka kończyła się nawinięciem kończącym się węzełkiem na ręku.
W sobotni poranekŻyd wychodził na rynek i krzyczał jakieś hasło - było to wezwanie Żydów na modlitwę do bóżnicy. Żydówki tez szły do bóżnicy, ale przebywały w bocznych pomieszczeniach. Przed wejściem do bóżnicy Żydówki zanurzały ręce w naczyniu z wodą i delikatnie ocierały o suknie - było to oczyszczenie.
Żydzi podczas świętowania nie rozpalali ognia pod kuchnią i piecem, było to religijnie niedozwolone. Robiła to polska biedota. Czynność ta była opłacana. Rzadko która Żydówka prała bieliznę - robiły to polskie praczki odpłatnie. Stare pokolenie Żydów tzw. starozakonni byli bogaczami;od nich zależało finansowe życie miasta.
Oni przez swoją gminę wspierali biedotę żydowską. Korzystali z uzdrowisk w Ciechocinku, Świdrze i innych miejscowościach - Polaków naszego miasta na taki luksus nie było stać. Był to naród bardzo oszczędny, Żyda nie spotkało się nigdy w restauracji, lub pijanego na ulicy. Wódkę, tzw pejsachówkę pili w malutkich srebrnych kieliszkach.
Nowo narodzony Żydek musiał być obrzezany zgodnie z nakazem religijnym, ale był też odłam Żydów, którzy nie świętowali w sobotę, jedli wieprzowinę, kiełbasę,5 mięsne przetwory - to byli komuniści.
Dużo zastrzeżeń do religii wniosła młodzież żydowska Pary małżeńskie kojarzyły rodziny bez zgody młodych. Były przypadki, że przyszli nowożeńcy poznawali się dopiero w dzień ślubu. Młodzież męska była bardziej była bardziej pilnowana i rygorystycznie wychowywana przez starsze pokolenie niż dziewczęta, Dlatego polska kawalerka miała pole do popisu; nawet były przypadki, że młodzież żydowska przyjmowała wiarę wiarę katolicką - to miało powiązanie z zawieraniem małżeństw. Taką, lub takiego świeżo upieczonego katolika nazywano "wychrzta". Takie małżeństwa bardzo dobrze sobie żyły, z tym, że zmieniały natychmiast miejsce zamieszkania. Nie spotkało się jednak, by Polak przyjął wiarę żydowską.
Bardzo częstobyły u Żydów przypadki zawierania małżeństw w bliskiej rodzinie, dlatego u Żydów było dużo kalek i chorych. Nie spotkało się Żyda, który by żebrał; by do tego nie dopuścić czuwała nad nim gmina żydowska.
Zdawałoby się , że Żydów nie interesowało życie publiczne - nie brali udziału w wiecach, czy wystąpieniach publicznych działaczy polskich. Niektórzy z nich mieszkali w tym mieście z dziada pradziada , jednak w ich zachowaniu wyczuwało się jakieś wyczekiwanie. Nie czuli się jak we własnym kraju. To byli ludzie obcy. Podział ten się spotęgował jeszcze bardziej po śmierci marszałka Piłsudskiego. Powstały antysemickie organizacje, które rozpowszechniały różnego typu ulotki o treści: "bij Żyda", "nie kupuj u Żyda", "precz z Żydami".
Duże poróżnienie między ludźmi robiła odmienna religia - i to od najmłodszych lat. W niedzielę i różne święta kościelne i państwowe młodzież szkół podstawowych i gimnazjum szła w zwartych szeregach , w mundurkach do kościoła. Religia w szkołach odbywała się też osobno - to tworzyło dystans miedzy dziećmi.

***

W nowo wybudowanej Hali na 100 straganów, które były w czterech rzędach jeden zajmowali Polacy - sprzedawali na nich mięso i wyroby wieprzowe; tam również gospodynie z okolicznych wiosek sprzedawały mleko, sery, osełki masła i okopowe. Żydzi zajmowali trzy rzędy straganów i sprzedawali: wołowinę, wszelki artykuły spożywcze, materiały bławatne, gotowe ubrania i kożuchy.
Najbardziej atrakcyjnym dniem tygodnia był wtorek - dzień, w którym odbywał się jarmark. Zjeżdżali do miasteczka handlarze z całej okolicy. Na targowisku przy ul. Frampolskiej handlowali końmi, krowami, owcami, świniami, zbożem. Tak było z rana. Koło południa handlujący zjeżdżali do miasta, ustawiali się wokół ratusza; gdy zabrakło miejsca ustawiano się po wszystkich ulicach wokół rynku. Tyle było furmanek konnych, że trudniej chodziło się po ulicach.
Koń, który gryzł, lub kopał, miał przywiązany do łba wiecheć słomy - to był znak, że obok niego trzeba ostrożnie przechodzić. Utrudniony był przejazd ulicami, z tego tytułu były kłótnie, a nawet bójki. W rynku różni rzemieślnicy prezentowali swoje towary. Na specjalnych drewnianych stojakach wisiała uszyta odzież, która prezentowali krawcy, szewcy zachwalali wykonane przez siebie buty.
Z przyjezdnych handlarzy to byli z Tyszowiec - przywozili buty z cholewami tzw. "tyszowiaki". Były to buty na zimę - do nich wkładało się nogi owinięte słomą, tak, że największy mróz nogom nie szkodził. Przy takich stoiskach był zawsze kowal, który te buty okuwał. Sprzedawano też kożuch z baraniej skóry o długim włosiu - męskie i damskie z krótkim włosem haftowane we wzory różnokolorowymi nićmi. Kożuchy męskie posiadały obszerne kieszenie; taki kożuchy kupowali ludzie z wiosek. Posiadanie takich kożuchów i butów świadczyło o zamożności gospodarzy. Nawet mówiło się: "bogata panna bo ma na wiano kożuch, poduszkę z piór i puchowa pierzynę". Mało się wtedy używało słowa "rolnik", na takich poślednich gospodarzy mówiono "chłop".
Przy tych wszystkich transakcjach handlowych zawzięcie klepano się w dłonie i w ten sposób ustalano ostatnią cenę towaru. Należy zaznaczyć, że świnie i krowy sprzedawano na "oko", a nie na wagę, a zboże na miarki. Ukoronowaniem handlowej transakcji był litkup. Życzono sobie , aby nowo zakupiony towar z pożytkiem służył nowemu właścicielowi przepijając gęsto wódką. taki sam proceder stosowano przy handlu końmi, z tym, że konie przepędzano, zakładano do wozu; w czasie Wielkiego Postu na zakąskę do wódki zamiast kiełbasy były smażone śledzie, które wspaniale przyrządzała Żydówka Hana.
Z tego też tytułu w tym dniu było dużo pijaków. W swoim żywiole byli kieszonkowcy i różnego rodzaju złodzieje. Zachęcano do gry w karty: czarna przegrywa, czerwona wygrywa, cukierki - para nie para, trzy naparstki. Temu wszystkiemu towarzyszyła katarynka i na niej siedząca papuga lub świnka morska Korzystając z tak dużego zjazdu Magistrat przekazywał różne informacje: uderzano w duży bęben, co oznaczało zbiórkę ludzi koło niego. Wtedy sekretarz Magistratu odczytywał różne zarządzenia i wiadomości. Był to dzień spotkań sąsiadów, znajomych, często rodzin z całej okolicy. Trzeba wziąść pod uwagę, ze prawie połowa ludności nie umiała czytać i pisać. Pisanie listów i czytanie gazet było rzadkością . Pisaniem trudniły się specjalnie kobiety, które za taką usługę brały jajka, ser, śmietanę. Radio było luksusem - w całym mieście było kilka radio odbiorników z głośnikiem i klika na słuchawki. Ale może to i dobrze - naród miał lekką głowę, pozbawiony stresów wielkiego świata.
Rozsiadano się na furmankach, z małych butelek rozlewano wódkę, wyjmowano jedzenie - śmiechy, żarty. To miało swój urok. Ten jarmarczny szum trwał do późnej nocy nim się wszystko rozjechało. Na drugi dzień rankiem rolnicy zbierali nawóz, świnie z prosiętami raczyły się resztkami rozrzuconej żywności. Jeszcze minął cały następny dzień, zanim to wszystko doszło do normy.
Były tez i ciemne strony tego okresu. W święta przy kościele, dzień jarmarczny , przy Hali, były długie szeregi ludzi proszących o jałmużnę; naród ubogi - tzw. "dziady", chociaż między nimi było dużo kombinatorów. Jedną taką dziadówkę napadli bandyci zabierając jej 11.000 złotych srebrem, bo takie były w tym czasie monety. Nosiła to na plecach w tobołku. Dla orientacji podam, że morga ziemi kosztowała 500 złotych.
Rozboje za miastem były częstym zjawiskiem, trafiały się morderstwa. Zabito nawet listonosza, który odebrał pocztę z wagonu PKP na stacji w Szczebrzeszynie. To był okres kryzysowy - bezrobocie.
Magistrat raz na tydzień wypłacał tym ludziom jakieś pieniądze, zapomogi - ale to wszystko były za małe kwoty niw wystarczające na wyżywienie rodziny. Nie było przemysłu - cukrownia w Klemensowie , którą zbudował ordynat Zamoyski zatrudniała przez cały rok mało ludzi, trochę więcej w sezonie, ale to już było coś. Ci co stale tam pracowali tzw. "kumotry" zarabiali nieźle - byli to fachowcy, ale byli to panowie. Oni decydowali jakich ludzi przyjąć na kampanie cukrowniczą. Trzeba im się było nisko kłaniać, otrzymać pracę na te półtora miesiąca...




Strona Główna    Wspomnienia



1. to z tego sadu, jak wspomina Maria z Lepionków Niezgodowa dzieci często kradły jabłka, raz nawet ona ze swoimi brami, za co solidnie oberwał jeden z braci od właścicieli sadu
2. taki upoważniony Żyd to był szames (woźny), funkcjonariusz synagogalny do zadań którego należało m. in - utrzymanie w porządku synagogi, budzenie rano poprzez stukanie w okiennice mężczyzn na poranne modły, zawiadamianie o pogrzebach , narodzinach dziecka
3. tałes
4. owe pudełeczka to tefilin ("przedmioty modlitewne") - pudełeczka zawierające cztery wersety biblijne
5. W sprawie jedzenia przez Żydów kiełbasy wypowiedziała się również Maria z Lepionków Niezgodowa, która opowiadała, że przychodził do sklepiku, w którym pracowała Żyd i prosił, by mu kupiła kiełbasy...