Strona Główna



MAGDALENA Z PIWOWARKÓW KOZAKOWA

"Jak zegarek stanie to ja umrę..."

DYPLOM   FELICJA PIWOWAREK   DYPLOM

Jak zegarek stanie to ja umrę. Tak mówiła moja mama. Był w Szczebrzeszynie taki zegarmistrz - Zabiciel się nazywał - zawsze naprawiał ten zegarek, chociaż nie mógł, ale musiał... Mama otrzymała go mając 14 lat i od tamtej pory towarzyszył jej aż do śmierci, a zmarła w wieku 92 lat! To był zegarek na rękę ("cebula"), srebrny. Podarowano jej też modlitewnik, który do końca życia miała ze sobą. Zachował się ołówek, którym pisała maturę, różaniec. Całe życie była bardzo religijna - zbierała nawet obrazki - większość z nich podarowali jej uczniowie, którzy zostali księżmi. Jeszcze parę drobiazgów z różnych okazji. Taka była skrupulatna.

***

Dr Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa, bo jej osoby dotyczą te wspomnienia urodziła się 27 sierpnia 1895 roku w Samborze w województwie lwowskim. Rodzicami Felicji byli Wincenty i Teodora Stanisława z Longchampsów Szczepańscy. Do roku 1906 wraz z rodzicami mieszkała w Samborze, później wyjechali do Gorlic; tutaj Wincenty Szczepański objął posadę dyrektora w Gimnazjum Męskim.
Felicja Maria była pierworodną córką Szczepańskich - kolejno urodzili się: Kazimierz, (jedno z dzieci zmarło), Jadwiga, oraz Adam. Szkołę średnią ukończyła w Gorlicach - były to Prywatne Komplety Żeńskie. Na tych Kompletach... dotarła do matury, którą zdała w systemie eksternistycznym z odznaczeniem 12 czerwca 1914 roku.
W 1914 roku rodzice mamy - relacjonuje córka - Magdalena z Piwowarków Kozakowa wyjechali do Grätzu, gdzie ukończyła Kurs Handlowy - wyjazd Szczepańskich do Grätzu zapewne spowodowany był ciężkimi i krwawymi walkami toczącymi się w rejonie Gorlic u wyjścia do przełączy dukielskiej: jak sądzę była to urzędowa ewakuacja.1 Po zakończeniu działań wojennych powrócili do Sambora; od października 1915 roku - 1920 roku studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (wśród różnorodnych pamiątek zachował się indeks nr 14826). Podczas studiów poznała swoją najlepszą, dozgonną przyjaciółkę - Adelę Sommer z Rzeszowa - ojciec Adeli był weterynarzem w Gorlicach i miał tam nawet własny dom, należy więc sądzić iż przyjaźń sięgała jeszcze okresu sprzed pierwszej wojny. 2
Na Uniwersytecie Jagiellońskim obroniła w 1926 roku prace doktorską na temat "Józef Korzeniowski jako powieściopisarz"; rok wcześnie otrzymała dyplom Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego upoważniający ją do nauczania języka polskiego w szkołach średnich i seminariach nauczycielskich - no i zaczął się żywot tułaczy...
W latach 1926 - 1929 pracowała jako nauczycielka języka polskiego w Gimnazjum Państwowym im. Hetmana Jana Zamoyskiego w Zamościu. W roku 1929 wyszła za mąż za Jana Piwowarka, swojego ucznia, który początkowo uczył się u OO. Bernardynów w Radecznicy, a następnie przeniósł się do Zamościa. Tam poznał mamę, kontynuuje wspomnienia Magdalena z Piwowarków Kozakowa - różnica wieku pomiędzy nimi wynosiła 14 lat. Dzisiaj byłoby to całkiem naturalne, w tamtych czasach to był skandal, ze względu na to, że on był uczniem, a ona nauczycielką. Ale dobrze się skończyło, bo całe życie rodzice bardzo się kochali i opiekowali sobą nawzajem.
Ślub wzięli w Kryniczkach,świadkiem był ojciec Jana i jakiś ksiądz, chyba prefekt z Zamościa - dr Felicja nie chciała pozostać w Zamościu - na własną prośbę została przeniesiona do Hrubieszowa. Uczyła uczyła języka polskiego w Gimnazjum Państwowym im. Stanisława Staszica w okresie od 1 sierpnia 1929 roku - 1935 roku; ponieważ było im ciężko, gdyż ojca powołali do wojska, a ona została z dwójką dzieci - starała się o finansowe wsparcie dla matek samotnie wychowujących dzieci, ale jej odmówiono - "ponieważ Rząd nie posiada funduszy to, bo jest ciężko". Pomyślała więc, że będzie jej lżej jak przeniesie się do rodziny do Sambora.
Od 1 września 1935 roku zamieszkaliśmy w Samborze. Nie było lżej ojciec po powrocie z wojska był bezrobotny, później dostał pracę w Nisku i tam rodzice się przenieśli. Od 1 lipca 1937 roku do wybuchu wojny mama pracowała w Gimnazjum im. J. Czarneckiego w Nisku. Wtedy było im lżej - już tych dwoje dzieci (ja i mój brat Aleksander) podrosło troszeczkę. Ojciec miał prace; po wojsku uczył się i zdał maturę eksternistycznie - mama mu bardzo w tym pomagała. W 1939 roku we wrześniu rodzice połowę naszych rzeczy, albo i większość zostawili w Nisku - trochę rzeczy wzięli na furmankę. Do dziś pamiętam płonący Janów, kiedy jechaliśmy pod lasem, a szosą szło jeszcze polskie wojsko. Uciekliśmy do Podborcza. Dziadkowie ze strony ojca to byli rolnicy. W Podborczu rodzice cały czas byli z nami, z tym, że ojca zabrali na roboty - w którym to roku było nie pamiętam.
Mama przez pierwszy rok od 1939 - 1940 była nauczycielką w szkole podstawowej w Podborczu zatrudniona oficjalnie, z tym, że później przyszedł tam nauczyciel, a mamie powiedziano, że nie ma kwalifikacji do tego, bo jest przygotowana do nauczania w szkole średniej a nie podstawowej 3. Wtedy została bez środków do życia, tyle co rodzice ojca pomagali, ale u nich nie było za bogato - utrzymywali się z ziemi, to była uboga rodzina. Na dodatek uciekinierzy z wojska idąc przez wieś w 1939 roku zaprószyli ogień od którego zapaliła się stara kuźnia, a od tej kuźni spłonęło pół wsi, w tym zabudowania dziadka, tak, że nawet mieszkanie trzeba było wynająć. Rodzice wynajmowali mieszkanie u Sykałów.
Jak ojca zabrali(był na robotach w Austrii), to mama zajmowała się handlem. Do dziś pamiętam jak nosiła na rękach jak dziecko, połacie cielęciny do Szczebrzeszyna i z tego jakoś się utrzymywaliśmy. Do dzisiaj mam starą maszynę, na której szyła chłopom portki z lnu - tym też zarabiała. Wtedy gdy ojciec został zabrany, to zabrano również wszystkich mężczyzn z Podborcza - same kobiety we wsi zostały. Pamiętam jak moje cioteczne siostry orały, siały - wszystko same w polu robiły.
Mama brała udział w tajnym nauczaniu we wsi Gorajec, ale ja pamiętam , że i do Radecznicy jeździła, pamiętam, bo już miałam wtedy pięć lat. Pamiętam jak uciekali, jak się kryli po chałupach - tajne komplety odbywały się w tym czasie jak aresztowano mężczyzn. Była obawa przed łapankami. Mam jakiś dokument potwierdzający pracę mamy na tajnych kompletach, ale nie zaliczono jej tej pracy do emerytury.
Ojciec wróciłwcześnie, bo ciocia Ada (Adela Sommer) wystarała się o zastępcę za niego. Jak ten zastępca pojechał to ojciec szybko wrócił, aby się baor nie rozmyślił i nie zatrzymał ich obydwu. Przyrzekł wtedy, że nie będzie rościł żadnych pretensji o odszkodowanie. Ojciec miał dwie siostry - jedna z nich zmarła w czasie wojny na gruźlicę.
Od 1 września 1947 rokumama uczyła języka polskiego w Gimnazjum Ogólnokształcącym w Szczebrzeszynie - zatrudniła ją p. Janina Jóźwiakowska. Gdy mieszkaliśmy w Szczebrzeszynie do naszego domu często przychodził Czesio Bartnik (obecnie ksiądz profesor) - mama była bardzo życzliwa dla niego, często mu pomagała. Po wojnie to była bieda - pamiętam jak nie było co jeść. Otrzymywaliśmy takie paczki z UNRY4 - tam były takie ciasteczka... W tym czasie mój brat Aleksander zachorował na gruźlicę....

   SZCZEBRZESZYN 1945

Z powojennych szczebrzeszyńskich lat lat zachowało się - nadesłane przez Aleksandra Piwowarka zdjęcie nauczycieli pracujących w gimnazjum, wykonane przez ówczesnego szczebrzeszyńskiego fotografa nazwiskiem Rybak w czerwcu 1945 roku. Znajdują się na nim : górny rząd od lewej - 1. Józef Niechaj (j. angielski, historia), 2. Sobiecki (gimnastyka), 3. Jan Kot (prace ręczne), 4/ Pilip (pełnił obowiązki woźnego) 5 Jerzy Lubos (łacina), 6. Buczko (woźny), 7. Antoni Pomarański (matematyka), 8. Kazimierz Jonko (uczył śpiewu) śpiew, 9. Jan Podlewski (biologia), 10. Sławek (geografia). Poniżej siedzą 1. Irena Kilarska (uczyła rysunków), 2. Kołodziejczykowa (sekretarka szkolna), 3. Sowiecka (j. polski, j francuski, geografia), 4. ks Michał Popielec (katecheta, łacina), 5. Janina Jóźwiakowska - dyrektor szkoły, przedmiotem jej zajęć był j. Francuski), 6. ks Franciszek Kapalski (katecheta), 7. Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa (j polski), 8. dr Stefan Jóźwiakowski (lekarz szkolny), 9. Stefania Rzepecka (j. Niemiecki)

***

Życie w Powojennym Szczebrzeszynie nie było łatwe - opowiada Magdalena z Piwowarków Kozakowa - pamiętam jak za moim ojcem szło takich dwóch - nie wiem, czy to byli cywile , czy wojskowi, a że ojciec się oglądał więc uznali że się boi i przyszli za nim do domu. Wtedy p. Jóźwiakowska ( mieszkał w tym samym domu co my - ona zajmowała dwa pokoje z kuchnią, my jeden) zaczęła rozmawiać z nimi po rosyjsku. Postawiła litr wódki - popili , udobruchali się i sobie poszli. Takie były przeżycia, które ja pamiętam.
Gdy do Szczebrzeszyna przyjechał z wizytą duszpasterską biskup Stefan Wyszyński - był wówczas ordynariuszem lubelskim, wraz z biskupem Golińskim; byli u nas w domu - biskup Goliński zaprosił moją mamę na swoją konsekrację. Tekst zaproszenia które mama otrzymała brzmi: Mam zaszczyt poprosić Panią Profesorkę o obecność i wspólnotę modlitwy podczas mojej konsekracji biskupiej, którą otrzymam w Katedrze Lubelskiej w niedzielę 3 sierpnia o godzinie 10.00 rano z rąk Ich Ekscellencyi Najwielebniejszych Księży Biskupów dr Stefana Wyszyńskiego ordynariusza lubelskiego, dr Michała Klepacza ordynariusza łuckiego i dr Stefana Czajki sufragona częstochowskiego. Ksiądz dr Zdziasław Goliński biskup nominat tytuł emeryjski koadiutant stolicy biskupiej lubelskiej. Było to w roku 1947 - mama nie pojechała, ale wysłała list . W odpowiedzi na niego biskup Goliński przesłał serdeczne podziękowanie (do dziś znajduje się wśród rodzinnych pamiątek). Jako ciekawostkę dodam, że biskup Goliński uczył w Gimnazjum w Zamościu w latach 1922 - 1926.
Mama przyjaźniła się z Zosią Skuliczową i Adelą Sommer - przyjaźniły się od wczesnej młodości i ta przyjaźń zachował się do śmierci. Spotkały się wszystkie w 1947 roku i wtedy ofiarowały sobie ryngrafy. Adela Sommer - "ciocia" Ada, jak ją nazywaliśmy z bratem, miała wielu uczniów, a właściwie uczennic z Zamościa. Przychodzili do niej odwiedzali ją - była bardzo dobrym pedagogiem.
Adelę Sommer należałobyraczej wiązać ze szkolnictwem lubelskim, niż zamojskim. Od zakończenia wojny, aż do przejścia na emeryturę pracowała w Lublinie w Szkole Budownictwa na al. Jana Długosza. Był to niesłychanie wartościowy człowiek. Rozmiłowana i oddana polskiemu językowi i polskiej literaturze Wśród jej uczniów była trojka szczebrzeszaków :Marian Bronikowski, Henio Kowalczyk [syn Leonarda, "Kawki"] i Marian Kleban. Jej uczniami byl i również: aktor Marian Rułka, i późniejszy długoletni dyrygent orkiestry Polskiego Radia we Wrocławiu Jerzy Zabłocki. Także Bogdan Łazuka jest absolwentem lubelskiej Szkoły Budownictwa, czy jednak był uczniem Adeli nie jestem pewny.5
Od 1 listopada 1947 mama roku pracowała w Liceum Pedagogicznym, a jak zmienił się profil szkoły w Liceum Ogólnokształcącym. Brała udział w pracach Komisji Rejonowych kształcących nauczycieli - Komisje te powołano dlatego, że po wojnie brakowało nauczycieli na wsiach. W latach stalinowskich została osunięta od pracy nauczycielskiej; wtedy ukończyła trzy kursy: w roku 1950 kurs bibliotekarski, w roku 1957 kurs bibliotekarski dla pracowników Liceów Pedagogicznych, w roku 1958 kurs bibliotekarski dla pracowników bibliotek szkolnych. Od 1 września 1969 roku pracowała jako bibliotekarka w Liceum Ogólnokształcącym - 1 września 1971 roku przeszła na emeryturę - w zawodzie przepracowała pięćdziesiąt lat. Na stałe rozstała się z praca w 1976 roku.

***

W środowisku szczebrzeszyńskim dr Felicja ze Szczepańskich Piwowarkowa znana była jako "Pantarka". Dlaczego? Pantarka - to dziki ptak - mówi córka Magdalena, mama nigdy nie chodziła na żadne przyjęcia, na żadne rauty - nie znosiła tego i może dlatego tak ją nazwano. Rodzice mamy mieli służbę - dziadzio był dyrektorem szkoły, a babcia nie pracowała. Mimo to, dziadzia stać było na utrzymanie kucharki, niani do dzieci, kogoś do sprzątania (mieli w Samborze duży dom). I moja mama - miała wtedy około 10 lat oburzyła się na to, że rodzice wyzyskują służbę Uciekła na znak protestu z domu , bo powiedziała , że nie będzie patrzeć na ten wyzysk. Była więc socjalistką od tamtych czasów. Miała poczucie odpowiedzialności, nigdy nie chciał nikogo skrzywdzić.
Może opowiem jak było z jej postawą moralną : to było zaraz po wojnie - mama udzielał lekcji łaciny, dorabiała sobie w ten sposób poza pracą w Liceum. Uczestniczyła też w Komisjach Maturalnych i Komisji Rejonowej. Czasami coś komuś pomogła. Jednego razu ktoś przyszedł z darem wdzięczności, więc go wygoniła mówiąc: "nie dość, że tam tam (na egzaminie) byłam nie całkiem uczciwa, to jeszcze mam za to pieniądze wziąć?" To był fakt. To wpływało na nasze wychowanie - na wychowanie dzieci, ponieważ ja jestem nauczycielką i też się zdarzało że pomagałam.
Moja mama zawsze lubiła słodycze i zawsze miał coś słodkiego przy sobie, natomiast w piątki nie wolno było - tak jak inni mają na mięso post - mama miała post na słodycze. Znała kilka języków obcych, oprócz łaciny jeszcze niemiecki, podstawy francuskiego, ukraiński, grecki. Tego wszystkiego wymagał i pilnował by zdobyła taką wiedzę dziadzio Wincenty. Mama opowiadała dlaczego nie urosła - bo musiała się ciągle uczyć - dotąd aż się nauczyła, po nocach się uczyła. Jej dzieciństwo było pracowite; dziadzio sam był przecież sierotą i wiedział co to wiedza, dlatego wszystkie dzieci wykształcił.
Mama zmarła u mnie w domu, w Lublinie. Do końca zachowała świadomość, do końca zachowała trzeźwość umysłu; trochę sklerozy było - jak wiedziała, że jesteśmy w domu po południu, bo wszyscy z pracy wracali, wtedy wszystkich nas wołała żebyśmy się meldowali zapominając że wcześniej kogoś już widziała - i tak było ciągle. Ostatnie cztery lata swego życia przeleżała w łóżku - miał uszkodzone biodro i nie mogła chodzić. Rano lubiła sobie podrzemać - patrzyła na gwiazdy w nocy, patrzyła na chmurki w dzień i mówiła, "że jej bardzo dobrze, że widzi całe piękno świata" . Była bardzo pogodna do końca. Spokojna. Czasami zapominała gdzie jest, ale pamiętała momenty ze swego dzieciństwa, śpiewała różne piosenki z czasów młodości.
Zmarła 6 listopada 1987 roku wieczorem. Przewieziona została do Gorajca - grób był już wcześniej przygotowany przez ojca. Na pogrzebie było bardzo dużo ludzi (tam w okolicach mieszka rodzina ojca), byli znajomi, oczywiście cała rodzina mojego ojca i cały samochód młodzieży ze Szczebrzeszyna z p. Janem Makarą na czele, który odczytał piękną mowę pożegnalną przypominając wiele faktów z jej życia. Bardzo pięknie to zrobił. Byłam zaskoczona. Wielu faktów, które on przedstawił nie znałam. Młodzież niosła trumnę z samochodu do kościoła. Przywieziono bardzo wiele kwiatów, wieńców - do dzisiaj nieznani mi ludzie składają wieńce i kwiaty na grobie. Na pogrzebie było ze mną wiele moich koleżanek - dom moich rodziców zawsze był otwarty dla moich przyjaciół.

***

Pan Jan Makara nad grobem mojej mamy powiedział tak: Zebrani smutkiem Żałobni Słuchacze - znajdujemy się na cmentarzu jak gdyby w banku, do którego rodziny z konieczności i na zawsze składają swoje największe skarby pozostawiając mogiły niespełnionych nadziei. Zużywał się stopniowo przed nami organizm i wygasł. Ustał w końcu wszelki trud utrzymania równowagi, serce śpieszyło się do kresu a uwiędła ręka zanikającymi siłami ujęła chorągiew chciwej śmierci. Serce zatrzymało się w bezruchu, jak wahadło wykręconego zegara. Oczy, w których zastygł czas zamknęły wszelkie powroty w życie jak drzwi. Dłonie wyschły jak ruczaj. Umarły jako ostatnia nadzieja oraz najczystsza miłość do świata na zawsze odchodzącej.
Życie stanęło jak zamarznięta rzeka, ciało stało się zimne jak stal, a twarz jak muszla zamknęła się na wszystkie pieczęcie klęski i milczenia. Stygną ślady uprzednio żywych stóp. Krucha jest ludzka egzystencja, niemoc ludzkiego rozumu, nieporadność wobec potężnej i obojętnej natury. Materialna część człowieka jako bardzo złożona substancja ulega zmianom jednokierunkowym. Ciało ludzkie posłuszne jest jednemu prawu do narodzin i do śmieci. Do niej, jako nieodwracalnej decyzji losu należy się przygotować jak do egzaminu, do prób , a gdy wypadnie przy tym cierpieć, należy to czynić z godnością i w milczeniu. Chorobie i samotności, starości czy śmierci człowiek musi sprostać zwłaszcza sam. Umarłe ciało, nad którym płakały świece woskiem zatamowało czas, który rychło wyrówna swój bieg. Zmarła zostawiła rodzinie tobół smutku oraz puste dni i godziny. Trumna, której wieko przyskrzypnęło obolałe serca najbliższej rodziny opadnie niebawem w czarną szczelinę wiecznego milczenia a dramat nasycony eschatologiczną trwoga i lamentem spływa często łzami w mogiłę. Zużyje się własne ciało wdeptane w cmentarz stopniami tygodni.
Piersi zgniecie czas czarną łapą mrówki godzin ogryza kości jako pokutne okruchy grawitacji. Pomiędzy żywymi i umarłymi pozostaje przestrzeń . Gdyby tak można było rozgnieść mrok i zobaczyć cała prawdę. Z tego przed nami dzisiejszego obrazu ludzkiego istnienia spływa na nas smutna refleksja - uroda życia życia z jednej strony, a z drugiej nietrwałość i przemijanie nie tylko ludzi, ale ich wytworów umysłów i rąk. Postarza nas śmierć bliskich, przyjaciół i znajomych. Ksiądz pokropił trumnę wodą, tą samą cieczą na chrzest i śmierć. W drugim przypadku wypowiadał kiedyś łacińskie słowa: " Requiescat in pace". Jako prawny, religijny obrońca zmarłej wystawił jej najlepszy paszport do wiecznej szczęśliwości, pieczętując go jeszcze raz gorącymi modłami nad trumną, wypowiada przy tym wyniosłe zdania: u Boga znajdziesz miłosierdzie. Ta zmarła była grzesznicą, bo była człowiekiem.
To ciało było świątynią Ducha, od bram piekielnych odwróć ją, nie wydaj w ręce nieprzyjaciela, pamiętaj o niej zawsze. Niech anioły witają cię, a świeci męczennicy prowadza cię. Św. Augustyn że największe szczęście człowieka, to oglądanie oblicza Boga. "Deum qui habet, beatus est". Szczęśliwi w niebie postępują od cnoty do cnoty, od poznania do poznania Boga. Jego jest doskonałość i nieskończoność; również o tym napisał Jan Kochanowski następująco:

człowiek na świecie mieszka jako wywołany
A nie ma tu na ziemi żadnej pewnej ściany
W niebie jego przbytek, szczęśliwy ten będzie
Kto tam po pielgrzymstwie
Kiedyśkolwiek siędzie

Zmarła zerwana z kotwicy życia po zdjęciu ciała, odpłynęła juz od nas na falach czasu na druga stronę istnienia w nieznane.
Urodziła się27 lipca 1895 roku w Samborze nad Dniestrem, dawne województwo Lwów, a zmarła 6 listopada 1987 roku. W tych datach zamknęło się życie. Pochodziła z rodziny inteligenckiej, z domu Szczepańska, a jej mama z domu Longchamps. Państwo Piwowarkowie mieli dwoje dzieci - Magdalenę i Aleksandra. Zmarła ukończyła Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Opuściła uczelnię w 1922 roku z tytułem doktora literatury polskiej, jako urzędowym potwierdzeniem dużej erudycji, polskości i pracowitości. Omal jako apostoł języka polskiego rozpoczęła prace z młodzieżą w szkole średniej.
Początkowo pracowała w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im. Zamoyskich w Zamościu przez siedem lat, później w Gimnazjum im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie przez pięć lat, z kolei w Samborze przez dwa lata, następnie w Gimnazjum w Nisku przez trzy lata. W czasie okupacji prowadziła tajne nauczanie w Podborczu i Gorajcu. Po wojnie z ogromną uciechą powraca do szkolnictwa średniego, a mogła objąć prace w szkolnictwie wyższym i pracuje już u nas w Szczebrzeszynie w Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym, a następnie w Liceum Pedagogicznym aż do czasu przejścia na emeryturę w 1971 roku.
Przepracowała w szkolnictwie czterdzieści dziewięć lat, a żyła dziewięćdziesiąt dwa lata. Za pracę otrzymała trzy dyplomy uznania w latach 1964, 1966, 1971. Była to niewątpliwa osobowość przychylna światu, tworząca przyjaciół nie miała wrogów. Była pobożną, miłowała Boga - po wojnie głęboko wrosła w pejzaż Szczebrzeszyna. Promieniowała moralnie i patriotycznie Posiadała wysokie wykształcenie humanistyczne wsparte dobra znajomością języków: łacińskiego, francuskiego a szczególnie niemieckiego, a do tego jakże ogromną skromność. Sublimowała dobrocią i życzliwością. Była dobrą matka, dobrą żoną, ale dla uczniów również cenną osobą, która na ich troski odpowiadała falą ciepła i przychylności. W pracy odznaczała się benedyktyńską drobiazgowością, dokładnością i cierpliwością. W ogóle cechowała ją na każdym kroku akrybia, a do tego ataraksja. Utwory literackie omawiała wolno, ale za to dokładnie. Mówiła raczej szybko, potoczyście, a dobrą sekwencją, o treści, w razie możliwości zabarwionej filozofią życia i patriotyzmem.
Na lekcjach języka polskiegozmuszała uczniów do dużego samodzielnego wysiłku myślowego, a ponieważ to wszystko było takie polskie i piękne, musiało u nich zostawić trwały ślad i posmak. Aż dziw brał, że w tej figurze ludzkiej tyle zagęszczało się polskości . Zastrzyki patriotyzmu udzielane uczniom przez panią profesor przydały się wielu na ciężkie lata okupacji. Mówiła do nas, że człowieka tworzą między innymi dwie rzeczy: świadomość i język, jak też o prof. Klemensiewiczu, który powiedział: "Naród dotąd istnieje dopóki posiada język" i o Wyspiańskim, który napisał: " O mowo polska ty ziele rodzime".
Ceniła prawie każdą książkę i bardzo dużo czytała. Pracowała też w bibliotece, znała psychikę i zainteresowania ucznia i wiedziała jaką książkę mu zaoferować. Była nie tylko cennym pedagogiem, ale szanowaną wychowawczynią - miała kryształ w głowie. Nie miałem i nie mam charyzmatu humanistycznego i nie wiedziałem, że mnie wypadnie zdawać egzamin, ostatni egzamin pożegnania swojej Pani profesor przed swoja Panią Profesor - a to, że powiedziałem już kilka zdań i rzucam słowa z gliną i piaskiem to Jej szkoleniu zawdzięczam. Norwid w poemacie "Wielkość" powiedział tak:

Wielkim jest człowiek, któremu wystarczy
Pochylić czoła ,
Żeby bez włóczni w ręku i bez tarczy
Zwyciężył zgoła!

Chylę smutno czoło nad trumną i ośmielam się dalej powiedzieć: w Imieniu Twoich uczniów żyjących i nieżyjących dziękuję Ci za to, że nauczyłaś nas myśleć i mówić po polsku. Dziękuję za to co zrobiłaś dla oświaty w Polsce - w Zamościu, w Hrubieszowie, Samborze, Nisku i oczywiście naszym Szczebrzeszynie. Przeminęłaś, odeszłaś drogą wszystkich ludzi i doszłaś do tej samej mety, jednak zostawiłaś za sobą dobre ślady i należy Ci się od nas szczera wdzięczna pamięć. "Abitt non obiit", tak mówili starożytni Rzymianie. Mówiąc o zasługach zmarłej chciałem dobre słowa położyć na usypisku przeżytych godzin, na świeżej mogile, jak kwiaty.
Pożegnał już zmarłą duży dzwon parafialny, którego serce bije na uroczystości podniosłe, żałobne lub trwogę. Żegna zmarła boleśnie w ciemnym żalu "en deuil" rodzina, żegnają Panią profesor byli uczniowie, koledzy z pracy, delegacje z różnych szkół, znajomi - wszyscy ci, którzy droga smutku przyszli za trumną na pagórek cmentarny.
Żegna zmarłą otaczające środowisko biologiczne swoimi zielonymi sztandarami nadziei, szumiące świerki, że zmarła otrzyma wieczną szczęśliwość. Dzień przesilił się w blasku, słońce spada zachodem jak topór i wieczór nadciąga. Jak Antygona nad zwłokami brata, tak noc pochyla się nad grobem, żeby do niego wpełznąć i zatopić go swym mrokiem, zasłaniając przed nami, jeszcze żywymi, tajemnice ostateczności.
Zawsze zmarłych jest więcej aniżeli żywych i szybko mijają lata tym, którzy tej surowej prawdy nie znają; Baczyński w utworze "Ten czas" napisał:

A serca - tak ich mało
A usta tyle ich
My sami - tacy mali
Krok jeszcze, przejdziem w mit

W imieniu zebranych nad grobem , stającym się od dzisiaj gliniastą warstwą wspomnień, a który zarośnie czasem i ciszą snu wiekuistego, żegnam Panią Profesor dr Felicję Piwowarek - przelotnego gościa na ziemi, żywymi słowami:

Niech chóry anielskie śpiewają Ci w wiecznym śnie
Niech weseli anieli często siadają na Twoim grobie ,
Niech bramy szczęśliwej nieskończoności otworzą się przed Tobą.

"Sit Tibi terra levis!" Pogrzeb odbył się 10 listopada 1987 roku w Gorajcu. Zwłoki zostały złożone do rodzinnego grobowca na cmentarzu w Gorajcu, w porze wieczornej. Msza żałobna była odprawiana w miejscowym kościele. Mowy pogrzebowe wygłosili: mgr. Jan Makara - uczeń Pani profesor; o treści podobnej Czesława Szawłoga - uczennica Pani profesor i też moja, która ukończyła Liceum Pedagogiczne w Szczebrzeszynie w 1960 roku.
Z naszej szkoły ze Studium Nauczycielskiego w Szczebrzeszynie wyjechało zamówionym przez dyrekcję autokarem około pięćdziesiąt osób, w tym czterdziestu uczniów. Z grona nauczycielskiego w pogrzebie udział wzięli: Halina Godzisz, Stefania Przyczyna, Jolanta Kierpko, Jan Makara, Zenon Hasiec, Stefan Wachowicz, Jań Świrgoń.




Strona Główna    Wspomnienia



1. Relacja syna Felicji ze Szczepańskich Piwowarkowej - Aleksandra Piwowarka
2. Relacja
3. sprawa rezygnacji z pracy w szkole w Podborczu w 1940 roku spowodowana była motywem uniknięcia dekonspiracji pobytu w Podborczu a nie rzekomymi względami formalnymi - uzupełnia wypowiedź Aleksander Piwowarek
4. Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy
5. relacja Aleksandra Piwowarka