Strona Główna



ALEKSANDER PIWOWAREK

Wolność czy następna okupacja?
(Szczebrzeszyn 1944 - 1950) cz. I


Aleksander Piwowarek Wolność czy następna okupacja? (Szczebrzeszyn 1944 - 1950) cz. I

W połowie sierpnia 1944 r. mama. otrzymała zaproszenie do odwiedzenia w Szczebrzeszynie pani Janiny Jóźwiakowskiej, znajomej i koleżanki jeszcze w latach dwudziestych, z czasów zamojskich, aktualnie żony uwięzionego w Dachau dyrektora Szczebrzeszyńskiego gimnazjum. Jakkolwiek sprawa była oczywista i oczekiwana z pewnym poruszeniem przyjęta zastała zapowiedź końca pięcioletnich przymusowych wakacji.
Już następnego dniatradycyjnym szlakiem przez kładkę na rzeczce (mostek niedawno wysadzili sowieccy partyzanci) wyruszyła mama w dziesięciokilometrową podróż w kierunku miasteczka.
Droga przez "Szczebrzeską"pokonywana była przez nas wielokrotnie w czasie okupacji i potem, Za każdym razem zachwycałem się jej urokiem. Po przebyciu odcinka przecinającego poprzecznie łąki na dnie doliny wchodziło się w obszerny unoszący się ku górze wąwóz swe apogeum osiągała w pobliżu "Kobylego Dołu" (jednego z najgłębszych w tych stronach jaru, o porośniętych potężnymi grabami i bukami stromych zboczach). W ostatnich kilku latach miejsce to cieszyło się złą sławą, bowiem dosyć często zdarzały się tu napady rabunkowe na przejeżdżające furmanki. Dalej szlak wijąc się łagodnie opadał ku miasteczku roztaczając przepiękne widoki na Naporze i dolinę Wieprza. Kończył się on w Szczebrzeszynie ulicą Cmentarną, ewentualnie Gorajską.
W kilka dni po owej matczynej eskapadzie nastąpił wyjazd furmanką z Podborcza. Na wozie znajdowało się kilka gratów przywiezionych jeszcze na początku wojny z Niska, oraz nieco zaprowiantowania na pierwsze dni i moja rodzina w komplecie, z pełniącym rolę furmana dziadkiem. Po niezbyt komfortowej podróży furmanka stanęła przed dużą metalową bramą dwupiętrowej kamienicy przy ul. Zamojskiej. Po jej otwarciu i wjeździe na wąskie podwórze zawartość wozu została wniesiona do pomieszczeń na pierwszym piętrze. Po prowizorycznym jego ustawieniu tato i dziadek ruszyli w drogę powrotną. Pozostaliśmy we trójkę; mama, młodsza siostra Lusia i ja. Położone na pierwszym piętrze mieszkanie składało się z wąskiej kuchni i takiegoż pokoju.
W całości usytuowanebyło nad bramą wjazdową. Po przeciwnej stronie zamieszkiwali właściciele kamienicy p.p Wanda i Józef Ząbkowie wraz z dwoma córkami, zaś całość pomieszczeń drugiej kondygnacji zajmował sowiecki wojskowy, "lazaret". W pierwszych miesiącach następnego roku Rosjanie opuścili kamienicę i zamieszkaliśmy w części uwolnionych pomieszczeń. Obok zamieszkała pełniąca funkcję dyrektora gimnazjum pani J. Jóźwiakowska, zaś po przeciwnej stronie klatki schodowej trzy niewiasty oczekujące na okazję do powrotu w swe pomorskie strony.
Wszystkie higieniczno-bytowe sprawy należało załatwiać na podwórzu. Tam znajdowały się: studnia, komórki na opał, śmietnik oraz wiadomy przybytek z wykopanym pod spodem dołem. Ze względu na stojący nad Wisłą front miasteczko pełne było sowieckich lotników obsługujących pobliskie czynne lotnisko w Klemensowie. Zajmowali oni wszystkie trzy obiekty gimnazjum również budynek szkoły podstawowej i kilka prywatnych kamienic przy ul. Zamojskiej.
Z tego względu sytuacja szkół pod względem lokalowym była niezmiernie trudna. Jedynym możliwym do wykorzystania obiektem okazał się budynek magistratu przy ul Zamojskiej 18 (obecna szkoła zawodowa) oraz położony obok parterowy budyneczek tzw. małej szkoły. Dodatkowo brakowało niemal wszystkiego: tablic, krzeseł, książek itd. Zajęcia trwały wiec na trzy zmiany: Pierwsza była w dyspozycji szkoły podstawowej, dwie następne wykorzystywało gimnazjum.
Przed inauguracją zajęćodbył się egzamin wstępny dla tych osób, które nie posiadały zaświadczeń upoważniających do uczestniczenia w danej klasie. Większość kandydatów do klas I, III i IV stanowili absolwenci odpowiednio niższych przedwojennych klas miejscowego gimnazjum. Należałem do grupy kilkunastu osób aspirujących ze względu na uczestniczenie w tajnym nauczaniu do kl. II - egzamin był jedynie formalnością.
Efektem reaktywowania szkoły po okupacyjnej przerwie było powstanie ośmiu oddziałów czterech klas gimnazjalnych. I tak klasa pierwsza miała cztery oddziały; "a", "b", "c" oraz "d", klasa druga, to oddziały "a" i "b" zaś klasy trzecia i czwarta były pojedyncze. Ze względu na kilkuletnią okupacyjną przerwę pod względem wieku młodzież była mocno zróżnicowana. By te różnice nieco zniwelować część oddziałów miał status klas przyspieszonych tzn. realizujących materiał roczny w czasie semestru. "Przyspieszonymi" zostały kl. kl. I "d", II "b", III i IV, resztę stanowiły oddziały "normalne". W roku następnym przyspieszeniu uległa również była kl. I "c".
Szczebrzeszyn szczególnie w latach 1944 - 1946 stał się niepowtarzalnym tyglem etnicznym. Licznie pojawili się "wysiedleńcy" z Pomorza, Wielkopolski i Śląska, którzy w większości przebywali uprzednio w okolicznych wioskach. Uzupełnili ich uchodźcy z ogarniętych ukraińską rzezią pobliskich terenów: Zachodniego Wołynia, oraz Podola i Wschodniego Podkarpacia. Do szkoły garnęła się również licznie młodzież z pobliskich wiosek i to ona stanowiła znaczny odsetek środowiska uczniowskiego.
Byliśmy pokoleniem największego zawirowania w dwudziestowiecznej historii Europy, z korzeniami tkwiącym w okresie przedwojennych realiów, hartowanym wojennym terrorem, a w niedalekiej przyszłości skazanym na zabiegi łamiące charaktery. Z całą stanowczością pragnę jednak stwierdzić, iż było to pokolenie najbardziej w całym nadchodzącym pięćdziesięcioleciu oporne na koniunkturalizm i karierowiczostwo, z wielką rezerwą odnoszące się do coraz bardziej zakłamanej rzeczywistości, a jednocześnie bardzo kreatywne intelektualnie, oraz zawodowo.
Zdaje sobie sprawę, iż wspomnienia te to dla większości "tylko" historia, dla wielu nawet zamierzchła. Nie wolno jednak zapominać, iż koniec każdej historii przechodzi we współczesność i jest owej współczesności istotnym determinantem.
Powracam jednak do tematu i parę słów chciałbym poświęcić składowi personalnemu mojej klasy z lat 1944/1945. Była to wówczas klasa II "a" złożona z młodszych roczników i z tej przyczyny "normalna". Postaram się przytoczyć nazwiska zapamiętanych osób z nadzieją, iż wszystkie uda mi się ująć. Były, więc 1/Antczak (?) 2/ Berbeć Czesława, 3/ Halina Jasiukówna 4/ Gąskówna Halinka, 5/ Grono Danusia, 6/ Kierkus Elżbieta, 7/ Łopuszyńska Marysia, 8/ Łopuszyńska Zosia, 9/ Skurczyńska Zdzisława, 10/ Smal Zosia, 11/ Słotwińska Wanda, 12/ Saciuk Hanka, 13/ Świtaj Anna, 14/ Ząbkówna Marysia, oraz chłopcy, 15/Czesław Bartnik, 16/Józef Bartnik, 17/Tadeusz Berdak, 18/Edmund Borowiec, 19/Zdzisław Budzyński, 20/Julian Bykowski, 21/Rysiek Jóźwiakowski, 22/Mirosław Kalita1, 23/Tadeusz Kalinowski, 24/Marian Kasza, 24/Cezary Klus, 25/Jerzy Kołątaj, 26/Tadeusz Kościelski (Klukowski)2, 27/Tadeusz Kulmaga, 28/Jerzy Mucha 29/Lucjan Nędzyński, 30/Tadeusz Olcha, 31/Tadeusz Paździora, 32/Aleksander Piwowarek, 33/Bogdan Zaborski.
Obowiązki dyrektoraGimnazjum w imieniu przebywającego w obozie koncentracyjnym męża pełniła p. Janina Jóźwiakowska. Wychowawcą klasy był inż. Andrzej Pomarański, on też uczył matematyki, języka polskiego uczyła Felicja Piwowarkowa, historii p. Józef Niechaj, j. niemieckiego p. Rzepecka, łaciny początkowo krótko ks. Popielec następnie p Jerzy Lubos, o pierwotniakach opowiadał Antoni Podlewski, wychowaniem fizycznym parali się p.p. W. Łukomska oraz F. Głąb, nauczycielem prac ręcznych był p Jan Kot, p Kazimierz Jonko uczył śpiewu, p. Sławek edukował nas w geografii, religia zaś była domeną ks. Franciszka Kapalskiego. Pochodząca z Gorajca pani Haścowa3 uczyła polskiego w klasach pierwszych.
Bezpośredniopo wkroczeniu Sowietów miasteczko sprawiało wrażenie miejscowości przyfrontowej i tak istotnie było. Stacjonujący w gmachach szkolnych lotnicy codziennie startowali na maszynach zwanych przez nich "szturmowikami" (samoloty współpracujące z działaniami naziemnymi). Kilkakrotnie zdarzyło się, iż samoloty roztrzaskiwały się o płytę lotniska w Klemensowie. Efektem tych katastrof były żołnierskie mogiły na cmentarzu w Szczebrzeszynie, oznakowane smukłymi ostrosłupami zakończonymi pięcioramienną czerwoną gwiazdą. Niekiedy obserwowaliśmy wyskakujących z postrzelonego "jaka" na spadochronach ludzi. Front zatrzymał się na Wiśle. Przez miasteczko często przemieszczało się wojsko. Dwa razy przejechali "berlingowcy".4 Od zachodu niekiedy słyszało się odgłosy armat.
Mimo wszelkich zastrzeżeń i wątpliwości owo "wyzwolenie" należało uznać za fakt pozytywny, gdyż po likwidacji Żydów cały impet hitlerowskiego terroru skierowany został przeciwko społeczeństwu polskiemu. Groźba totalnej zagłady była nie tylko realna, ale i bardzo bliska. Nie sposób powiedzieć ile w przyjaznej postawie sowieckich żołnierzy było odgórnego nakazu, ile zaś spontaniczności.
Zdarzały się niekiedyscenki humorystyczne; kilkakrotnie rosyjskie "żołnierki" z ciekawości oglądające wnętrze kościoła ostentacyjnie zdejmowały swe nakrycia głowy. Innym razem paradowały po ulicach w nałożonych na mundury nocnych koszulach. Kolega zajmujący się amatorsko fotografiką opowiadał mi jak dostał od rosyjskiego oficera dodatkową premię w postaci dwóch puszek "tuszonki", będących nagrodą za domalowanie na fotografii wykonanej na rzecz tegoż oficera zegarka, którego ów bohater w rzeczywistości nie posiadał. Niechęć, a może tylko rezerwa do owych "sojuszników" była dosyć powszechna i uzasadniona nie tylko ideologicznie, lecz przede wszystkim spowodowana niedawnymi faktami. Zsyłki z lat 1939-1941 były szeroko znane, podobnie jak nabierający wymiaru symbolu mord katyński. Dochodził do tego problem aneksji ziem wschodnich. Mimo owych faktów zachowanie żołnierza frontowego w 1944 r. należy uznać za poprawne.
Niechęć wynikająca z patrzenia na Rosjan i członków innych narodowości tego olbrzymiego kraju jedynie przez pryzmat imperialnej polityki zarówno białego jak czerwonego Kremla jest po prostu błędna..
Jednak o tym, iż jedynym celem Armii Czerwonej nie jest altruistyczne wyzwolenie braterskiego narodu już wkrótce przekonać się miałem wielokrotnie, o czym poniżej; -wiosną 1945 r. ojciec poszedł do niewielkiej knajpki, której właścicielem był pan Krysa. Miał zamiar zaopatrzyć się w wędlinę przed powrotem do Podborcza (jego pomoc w pracy na roli była w owym czasie niezbędna).W knajpce siedziało dwu osobników w mundurach czerwonoarmistów. Jeden z nich był autentycznym oficerem [enkawudzistą]5 sowieckim, drugim znanym miejscowym renegatem i kapusiem o nazwisku Romanowski. Na obcesową propozycję picia wódki tato zareagował szybkim wyjściem i pospiesznym udaniem się do domu. Po kilku chwilach drzwi zostały wyważone i zaczęła się szamotanina, której celem było aresztowanie ojca. Interweniowały sąsiadki z mieszkania obok. Na widok młodych kobiet Rosjanin zmiękł, Romanowski awanturował się w dalszym ciągu. Wymknąłem się by dać znać o burdzie przebywającej u sąsiadów pani Jóźwiakowskiej. Jej interwencja sprawiła przybycie dyżurnego podoficera z komendy wojennej miasta, który jednak stwierdził, iż nie ma kompetencji do interwencji.
Domyśliliśmy się wówczas, iż mamy do czynienia z enkawudzistami. Potem Romanowski położył się na moje łóżko i zasnął, Rosjanin zaś chrapał na krześle pod piecem. Rankiem po otrzeźwieniu obaj wynieśli się.
Innym razem z dwoma kolegami wybraliśmy się na przechadzkę. W okolicy mostu na Wieprzu minął nas, a następnie nieco wyprzedził samochód wypełniony "szturmówką". Z burty zlazł ofermowato wyglądający osobnik zatrzymał nas, a następnie zameldował łamaną polszczyzną komuś w szoferce: "melduję złapaliśmy dwóch przez dowodów". Na szczęście nawinął się z tyłu miejscowy milicjant [L. Zajdlic], który nas odebrał i uwolnił.
Przez czas pewien jesienią 1944 r. na schodkach sąsiedniej kamienicy, dosyć często przesiadywał młody człowiek nazwiskiem Tadeusz Łagoda. Był żołnierzem A.K. Niebawem zniknął. Jakkolwiek okoliczności jego niewątpliwej śmierci nigdy nie zostały wyjaśnione kojarzą mi się one z działalnością owej "szturmówki". Takich skrytobójczych a często i jawnych morderstw było w tamtym czasie znacznie więcej.
I na zakończenie jeszcze jeden epizod z lekcji religii, Na początku września 1944r. ks. Kapalski pod wpływem naszych niewczesnych wygłupów łamiącym głosem stwierdził, jak bardzo niestosowne jest nasze zachowanie wobec tragedii miasta i ludzi w niszczonej Warszawie. Słowa, które na razie nie dotarły do mej świadomości przypomniałem sobie, gdy po raz pierwszy po wojnie, w kilka dni po otwarciu mostu Poniatowskiego, kiedy przejeżdżałem tramwajem wąwozami gruzu z świecących przez obsunięte ściany bebechami wnętrz mieszkań, trasą łączącą ruiny dwóch dworców: Wschodniego oraz Towarowego. Owe drobne na pozór wydarzenia pojedynczo nie miałyby żadnej znaczącej wymowy Połączone w całość obrazują tak intencje jak i metody uzależniania Kraju od Kremla. Nie jest to oczywiście jakieś obraz kompleksowy, ale i nie taki jest cel mych wspomnień.
Warto natomiast jeszcze wspomnieć nocną majową kanonadę, jaka miała miejsce z okazji zakończenia wojny. Nie spaliśmy całą noc nie znając przyczyn owej strzelaniny, dopiero rano wyjaśniło się, iż to sowiecki miejscowy garnizon wojskowy w ten sposób demonstrował swą radość.

LEGITYMACJA HARCERSKA

Potem już były wakacje i przygotowania do wyjazdu na pierwszy (podobno w całej "wyzwolonej Polsce") obóz harcerski. Łącznie Szczebrzeszaków było siedmiu. Z klasy drugiej tylko Tadzio Kościelski i ja. Pozostali z klas pierwszych. Zawieziono nas do Zamościa furmanką, nie istniał bowiem wówczas transport samochodowy; - alternatywą mogła być jednie "buda" p. Kitowskiego (rodzaj dyliżansu), lub oddalony o trzy kilometry kapryśnie kursujący pociąg. Zbiórka nastąpiła na ul. Akademickiej przy gmachu gimnazjum Męskiego (dawnej Akademii) w Zamościu, stąd zwartą kolumną nastąpił wymarsz do położonego obok Sitańca - Wysokiego. Zakwaterowanie mieliśmy w miejscowej szkole powszechnej. Komendantem został zamojski nauczyciel Józef Bojar jego zastępcą młody człowiek nazwiskiem Woźniak, wcześniej bardzo czynny przy organizowaniu zamojskiego hufca. Po niemal sześćdziesięciu latach nie jestem w stanie precyzyjnie określić ilu było uczestników obozu nie popełnię jednak większego błędu stwierdzając, iż było nas około trzydziestu. Jedno z istotniejszych osiągnięć obozu, to złożenie przyrzeczenia opartego na przedwojennej formule - zapewne ten akt przyczynił się do braku z mej strony w przyszłości akceptacji komunistycznych organizacji młodzieżowych.
Po dwudziestu dniach nastąpił powrót Ponownie przyjechał po nas pan Roman Kołodziejczyk mieszkający w Brodach na "szlaku" (jego syn Romuald był również uczestnikiem obozu) Jechaliśmy na skróty pozostawiając Zamość po lewej stronie.
Rozpoczynający się nowyrok szkolny zapowiadał istotne zmiany. Trwała ewakuacja rosyjskiego garnizonu. Rozpoczęliśmy naukę w nowym obiekcie. Był nim jeden z dwu bliźniaczych bloków należących do gimnazjalnego kompleksu (późniejszy internat żeński), który jako pierwszy Rosjanie zwrócili na użytek szkoły.
Duże zmiany zachodziływ środowisku szkolnym. Szczebrzeszyn opuścili: pani Rzepecka powracając do rodzinnego Poznania, podobnie pan Jerzy Lubos udał się do Bytomia, gdzie przed wojną pracował w jedynym polskim gimnazjum, zaś pani Haścowa z rodziną postanowiła szukać lepszej doli na "ziemiach odzyskanych" w Dzierżoniowie. Natomiast pan Sławek znalazł się w Opocznie Nieznane jest mi miejsce emigracji pana Pomarańskiego. Pani Janina Jóźwiakowska dopiero w następnym roku szkolnym rozpoczęła pracę w lubelskim żeńskim gimnazjum im. Unii Lubelskiej. Przybyłe osoby po wakacjach to inż. Bronisław Przysada przemiły człowiek pełen humoru i życzliwości dla młodzieży (następnie wieloletni nauczyciel matematyki), panowie Jan Cichoń i Antoni Michalski pierwszy uczący łaciny drugi niemieckiego. Przez pewien czas przedmiotów ścisłych (fizyka chemia) uczył młody pan Rogowski, Po zawarciu małżeństwa z koleżanką z naszej klasy Wandzią Słotwińską nowożeńcy przeprowadzili się do Lublina. Dr Joanna Kopytowa uczyła historii również w latach następnych w Liceum Pedagogicznym Po przeniesieniu się do Stoczka pod Warszawą niedługo zmarła. W czasie okupacji przebywała w Tyszowcach, gdzie na jej oczach ukraińscy rezuni wymordowali całą rodzinę. Ucząca geografii pani Antonina Głazowska następnie pracowała, aż do śmierci w 1957r w szczebrzeszyńskim PLP. Jak meteoryty przemknęły przez gimnazjalne grono pedagogiczne siostry Doleżal; panna Maryla i pani Wanda Gumowska. Istotne ubytki w środowisku młodzieży szkolnej nastąpiły dopiero w roku następnym. Na razie klasę opuścili "staruszkowie" przechodząc do klasy przyspieszonej, byli to: J. Bartnik, J Bykowski, Tadeuszowie: Kalinowski, Kulmaga i Olcha, M. Łopuszyńska W. Słotwińska, M. Ząbkówna, nie przypominam jednak sobie, co stało się z Marianem Kaszą. Natomiast jestem pewny, iż w klasie trzeciej pozostali: H. Jasiukówna, D. Grono Z. Łopuszyńska H. Saciukówna, M. Kalita J. Kołątaj Cz. Bartnik T. Kościelski, J. Mucha L. Nędzyński i inni. Był też Tadzio Paździora chłopiec bardzo wesoły i koleżeński znany mi nie tylko z posiadanego w domowej bieliźniarce arsenału pistoletów, ale i ze sprawnego komenderowania plutonem uduszonych na lekcjach much, był i Rysio Jóźwiakowski, z którym stoczony przez nas na lekcji bój stał się przyczyną godzinnej pogaduszki wychowawczej opiekuna klasy inż. Przysady. Pozostali, więc niemal wszyscy z poprzedniego roku.
Ponieważ przez nasząsalę lekcyjną należało przejść do izby, w której uczyła się jedna z klas pierwszych dosyć często trójka "małych muszkieterów" komicznym sowieckim marszem urządzała sobie defiladę przez naszą klasę. Byli to Babiarz, Bizior i Saciuk: - brat Hanki. Wiele lat później w luźnej rozmowie ze mną pan inż. Przysada stwierdził, iż była to najsympatyczniejsza klasa w jego karierze nauczycielskiej - była to sympatia wzajemna!
Klasa ta w rokunastępnym została połączona z jedną z klas przyspieszonych (klasa pierwsza "c" z roku, 1944) Ponieważ jednocześnie był to czas zwiększonego odpływu ludności miasteczka, (odeszła spora grupa kolegów z roku poprzedniego) zostaliśmy w klasie czwartej mniejszością. Kontakty z nowymi tylko trochę starszymi kolegami układała się jednak dobrze i poprawnie. W listopadzie ze względu na stan zdrowia musiałem przerwać naukę i tak skończyła się moja edukacja w szczebrzeszyńskim gimnazjum.
Powróćmy jednak doroku poprzedniego. Już we wrześniu zabrakło naszego pierwszego drużynowego Zygmunta Kasztelana. Powrócił na swoje ojczyste Pomorze. Było to zaledwie trzy miesiące po zakończeniu działań wojennych.
Ten pośpiech mógł niecodziwić, bo czas był niebezpieczny. Po wielu latach znalazłem w jakieś publikacji notatkę, iż oficer obrony wybrzeża Kasztelan został przez Niemców, w królewieckim więzieniu zgilotynowany. Być może to niepewność i niepokój o męża i ojca powodowały ów pośpiech. Wakat był trudny do uzupełnienia brakło, bowiem chłopca o odpowiednim autorytecie i posłuchu. Po targach wybraliśmy Romualda Kołodziejczyka. Tadzio Kościelski bardzo chętnie zgodził się zostać przybocznym. Były w tym roku biegi harcerskie połączone ze zdobywaniem sprawności i stopni harcerskich, oraz ogniska, a na wakacje kolejny obóz zamojskiego hufca tym razem w okolicy Zwierzyńca, w pięknie położonym miejscu o nazwie Bukowa Góra. Zabrakło kogokolwiek z instruktorów Był to prawdopodobnie protest na pierwsze próby komunistycznej ingerencji w środowisko harcerskie.
Niezapomniana pozostała w mej pamięciwycieczka do zgliszcz Soch; wioski, w której okupant przed zaledwie trzema laty wymordował niemal całą ludność, paląc jednocześnie miejscowość. Nieco dalej położona była Florianką miejsce rzadkiej roślinności i niedawnych zrzutów broni.
Zakwaterowaliśmy się w kilku dużych namiotach otrzymanych z demobilu armii amerykańskiej. Po kapitulacji Niemiec okazało się, iż funkcjonująca w licznych polskich umysłach zbliżająca się antysowiecka krucjata jest jedynie bytem wirtualnym. Zamiast Eisenhowera i jego czołgów pojawiła się UNRRA6 mająca potwierdzić miłość i życzliwość Amerykanów do uwolnionych od hitleryzmu społeczności. To właśnie od owej zacnej instytucji pochodziły owe nieco zniszczone i podarte namioty. Altruizm UNRRY nie ograniczył się rzecz oczywista do namiotów dla harcerzy. Były dla polskich obywateli smalec i słonina (również w czasie trwania obozu), tak żółte jak kwitnące na łące kaczeńce, były puszki ze słodką koniną i jabłkami, największą jednak atrakcje stanowiły żołnierskie porcje żywnościowe opakowane w oblane stearyną kartonowe pudełka. Jeszcze potem przez lat kilka paradowałem w kurtce uszytej z materiału made USA. W okresie przełomu roku 1945/46 ogarnęła nas mania pisania żebraczych listów skierowanych do anonimowych rodaków w Ameryce. Efekt jak łatwo się domyślić był żaden.
Wiosną 1946r. z entuzjazmemwitało miasteczko niedawno mianowanego na stanowisko metropolity lubelskiego bp, Stefana Wyszyńskiego W auli niedawno oddanego przez Rosjan głównego budynku gimnazjum witało go grono pedagogiczne i reprezentanci młodzieży. Wokół kościoła przez dwa dni trwały uroczystości i modły. Być może entuzjastyczne powitanie w szkole biskupa Wyszyńskiego miało jakiś wpływ na dymisję pierwszego po wojnie dyrektora gimnazjum. Myślę jednak, że zadecydował przede wszystkim powrót z obozu schorowanego męża i konieczność zapewnienia mu lepszych warunków rehabilitacji.
Jak już wspomniałemrozpoczynający się rok szkolny 1946/47 cechował duży odpływ ludności. Głównym powodem stało się zainteresowanie osadnictwem na "ziemiach odzyskanych". Zasadniczą tego przyczyną była chęć poprawienia sobie sytuacji bytowej. Sporo osób wyjeżdżało, ze względów na polityczne prześladowania by "dać nura" w obce środowisko. Wyjeżdżali również ostatni "wygnańcy".
Początek roku szkolnego 1946/47 nastąpił już w murach głównego gmachu gimnazjum. Budynek znajdował się co prawda w opłakanym stanie szczególnie pod względem estetycznym, w wielu pomieszczeniach trwały remonty i malowanie. Zabrakło niezmiernie aktywnej pani dyrektorki Jóźwiakowskiej, do obecności, której byliśmy przyzwyczajeni i której brak się odczuwało. Jej miejsce zajął na okres zaledwie roku pan Ambroży Czarnecki Jak wspomniałem powyżej klasa czwarta powstała w wyniku połączenia byłych klasy drugiej "a" z pierwszą "c" z roku 1944. Stanowiliśmy w nowej konstelacji mniejszość - również pod względem wieku. Stąd owa sielsko-cielęca atmosfera ulegała stonowaniu, choć nie chcę przez to powiedzieć, iż uprzednio nasze wygłupy bywały ordynarne i niestosowne. Jak już nadmieniałem tamta młodzież miała liczne i niekiedy bardzo bolesne doświadczenia nie tylko okupacyjne ale i bardzo niedawne. Jeden z kolegów - Henio Kowalczyk stracił przed kilkoma tygodniami zamordowanego na pobliskich łąkach przez "szturmówkę" ojca. Marian Bronikowski, Tadeusz Berdak i wielu innych miało za sobą przeszłość w ruchu oporu i tym samym groziły im represje ze strony umacniającego się reżimu. Sfałszowane referendum a następnie "wybory" były jednoznacznym sygnałem zapowiadającym kierunek rozwoju wydarzeń.
W październiku musiałemprzerwać naukę, bowiem badanie radiologiczne wykazało zmiany gruźlicze w płucach. Były to następstwa warunków bytowych z czasu okupacji, łącznie z codziennym przebywaniem w otoczeniu osób ciężko cierpiących na tę chorobę (w czasie wojny zmarli na nią mój cioteczny brat Stach Krzyszczak i stryj Stanisław Olech). Dodam, iż ówczesne metody lecznicze gruźlicy były niezmiernie długotrwałe i niezbyt skuteczne.
Przerwa w nauce trwałatrzy lata. W pierwszym roku leczyłem się intensywnie jeżdżąc do sanatoriów i stacji klimatycznych, w latach następnych kontynuowałem naukę metodą zaoczną. Prorządowe organizacje młodzieżowe OMTUR7 i ZWM8 stwarzały tego rodzaju możliwości, przysyłając materiały i skrypty oraz organizując liczne punkty konsultacyjne. Jeden z takich punktów mieścił się w Męskim Gimnazjum i Liceum w Zamościu. Kierowała nim miejscowa polonistka p. Straszyńska niestety jej imię uszło mej pamięci. Konsultacje i egzaminy przeprowadzali etatowi nauczyciele rzeczonej szkoły.
W czasie wakacji1949 r. pani Straszyńska zaproponowała mi przejście do klasy maturalnej stacjonarnego gimnazjum dla dorosłych. Jednocześnie zaistniała alternatywa ukończenia w następnym roku Państwowego Liceum Pedagogicznego i ostatecznie ponownie znalazłem się w znanym mi szczebrzeszyńskim budynku szkolnym, w klasie maturalnej o kierunku pedagogicznym. Z rozpoczynających naukę gimnazjalną w 1944r. nie było już nikogo, mimo tego dość szybko zżyłem się z nowym otoczeniem, gdyż większość kolegów oraz nauczycieli znałem wcześniej. Rok szkolny minął bez większych sensacji. Egzamin maturalny nie sprawił mi problemów. Dostałem "nakaz pracy" do powiatu Krasnystaw (owe nakazy były swoistą metodą realizowania zapotrzebowania na nauczycieli przez inspektoraty oświaty). Jednak niewiele robiłem sobie z owego nakazu, gdyż wcześniej od dyrekcji szkoły dostałem propozycję kontynuowania nauki w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Warszawie.




Strona Główna    Wspomnienia



1. późniejszy nauczyciel języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym i Studium Nauczycielskim, gdzie pracował do roku 1992 - już nie żyje, pochowany jest na szczebrzeszyńskim cmentarzu. W latach 70 XX wieku wraz z Zofią Makarową prowadził bardzo ciekawe pod względem edukacyjnym zajęcia z młodzieżą wspomnianych szkół. I
2. adoptowany syn dr Zygmunta Klukowskiego - jego biografia i wspomnienia o Nim dostępne są na stronie:http://www.klukowski.webpark.pl/rodzina.htm
3. podczas okupacji wraz z mężem była czynnie zaangażowana w tajne nauczanie - w roku 1945 pp. Haścowie wyjechali do Dzierżoniowa
4. żołnierze pozostający pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga - który w 1943 mianowany został przez Józefa Stalina dowódcą 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki Ludowego Wojska Polskiego i awansowany do stopnia generała. Odpowiedzialny był za pogrom 1. Dywizji Piechoty w bitwie pod Lenino i za wydanie wielu wyroków śmierci na żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Od 22 lipca 1944 pełnił obowiazki zastępcy Naczelnego Dowódcy Wojska Polskiego.
5. NKWD - Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR (ros. Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł) - centralny organ państwowy prowadzący działalność w zakresie bezpieczeństwa wewnętrznego, wywiadu i kontrwywiadu, istniejący w Związku Radzieckim w latach 1934-1946, następnie przemianowany w ministerstwo. NKWD było głównym narzędziem w rękach władz radzieckich którym posłużono się do represji wobec własnych obywateli w i poza granicami byłego Związku Radzieckiego także masowych deportacji różnych narodowości w tym Polaków.
6. ang. United Nations Relief and Rehabilitation Administration (UNRRA), utworzona 1943 w Waszyngtonie, z inicjatywy USA, W. Brytanii, ZSRR i Chin; układ podpisało 48 państw; celem była pomoc, po zakończeniu działań wojennych, krajom alianckim najbardziej dotkniętym wojną (m. in. Polsce), które nie miały dostatecznych środków finansowych by zapewnić import niezbędnych towarów; pomoc obejmowała dostarczanie produktów pierwszej potrzeby oraz podstawowych urządzeń do wznowienia produkcji przemysłowej i rolnej , a także usługi ekspertów; ogólna wartość udzielonej pomocy Polsce wynosiła 453 tys. Dolarów - wg. http://encyklopedia.pwn.pl/53666_1.html
7. OMTUR - Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych o sympatiach prosocjalistycznych jeszcze z okresu przed II wojny światowej
8. ZWM - Związek Walki Młodych organizacja związana z PPR wraz z OMTUR-em weszła w skład Związku Młodzieży Polskiej