Strona Główna



MARIA KISIEL

Wojenne opowieści ze Szperówki.


Poniższy tekst jest relacją dwóch mieszkanek Szczebrzeszyna - Marii Kisiel i drugiej, wiekowej staruszki, która prosiła o anonimowość.

***

Na Szperówce mieszkał Strzałkowski, miał 21 lat czy 22 lata, mieszkał w lesie z rodziną. Biedni to byli ludzie. Przyjechali Niemcy wzięli go z domu, wyprowadzili, zastrzelili i odjechali. Za co? Nikt nie wie za co. Jak byli partyzanci, to Niemcy łapali partyzantów i bili... Jedni mówili, że Szperówki było zabranych 108 osób, ale ja dokładnie nie wiem ilu, to już tyle czasu minęło. Dużo było zabranych na Majdanek - mało wróciło. Wszyscy wyginęli.
Na Szperówceprzed wojną była szkoła, klas było cztery i tylko jedna nauczycielka, zdaje mi się, że Katarzyna Lewandowska. Część dzieci chodziła rano do szkoły, pozostałe po popołudniu. Lekcje odbywały się w prywatnym domu u Hadama /Chadama? Jana - ten dom jeszcze stoi. Po wojnie w tym budynku był sklep, teraz sklepu nie ma.
Jedna część Szperówki, z tej strony jak się jedzie do miasta [Szczebrzeszyna] nazywała się "szelechy", o drugiej mówili "na dolinach", bo domy położone były na takiej nizinie. My mieszkaliśmy "na górce", a tę część wioski gdzie była szkoła nazywali "we dworze" , albo "w kępie" - bo podobno tam kiedyś był jakiś dwór. Było dwóch gospodarzy, co mieszkali w lesie.
W ziemiance mieszkała Zosia Gronowa. To nie było mieszkanie, tylko jakieś pomieszczenie zrobione między kępami drzew - ganami jak mówią na Szperówce - ściany były z tych ganów. Pamiętam jeszcze matkę tej Zosi. One obie mieszkały w tej ziemiance przed wojną i po wojnie. Zosia już nie żyje, zmarła. Po śmierci matki była w Domu Opieki w Michalowie - była tak biedna, niedorozwinięta, matka miała ją tylko jedną. Zosia zmarła w Michalowie.
Do partyzantki należeli wszyscy mężczyźni ze Szperówki, z każdej rodziny, prawie z każdego domu, chyba że jakiś stary dziadek był, co się nie nadawał do niczego, no to wtedy nie był w partyzantce.
Mój ojciec też był w partyzantce, tylko Czesiek nie był - jak wojna wybuchła miał chyba z 9 lat (Czesiek to mój brat), ale jak trzeba było zanieść meldunek, to ojciec zawsze go posyłał. To tego to był zuch!
Pamiętam jednego razu na Święta Wielkanocne rozjechali się partyzanci do domów, a do nas przynieśli karabiny. W komorze była duża drewniana beczka, wysoka, na przednówku nie było zboża, więc do tej beczki naskładali karabinów. I rozjechało się wszystko do domów.
Nagle słychać na kawęckich polach- mówią we wsi - Niemcy! Niedaleko od nas. Boże! A my z mamą tylko obie w domu, ojciec nie wiem gdzie - chyba już wtedy wrócił z Niemiec, bo inaczej nie należał by do partyzantki i tych karabinów by nie zostawili. To była niedziela , my z mamą giniemy ze strachu. Co tu robić? To nie jeden karabin żeby go złapać i w krzaki co niedaleko rosły, a zresztą ja i tak byłam bojąca, to bym się karabinu nie czepiała. Czesiek - on się nie bał. Brał karabin pod pachę i w krzaki - tam była lisia dziura i do tej dziury chował. Jeden czy dwa karabiny, to wynosił w te krzaki,zresztą ojciec tez miał karabin. Każdy z partyzantów miał jeden albo dwa.
Jeszcze Niemcy byli w Szczebrzeszynie a my już na Szperówce wiedzieliśmy - był taki , co dawał znać - Kołodziejczyk "Karasek" - to był swój człowiek. On woził Niemcow i zawsze przez kogoś dawał znać, że Niemcy na Szperówkę się wybierają. Jak mieli przyjechać, to ojciec mówił: "Czesiu..."
Wtedy nie dojechali do nas, zabili Adamca, jego żona, z domu Biczakówna wyszła później za mąż za Drabika- teraz mieszka w Kawęczynie. To już stara kobieta, jest starsza ode mnie. Wtenczas jej męża zabili , a do nas nie doszli. My z mamą zamknęłyśmy dom (w komorze stała beczka z karabinami) i uciekłyśmy z domu - mówimy wola Boska! Bo jak by nas złapali z tą bronią , to by nas wybili. Uciekłyśmy do sąsiadów.

***

Na Majdanek zabrali wszystkich mężczyzn, gdzie , nie gdzie jakiś staruszek został i taki, co miał 13 - 14 lat. To było 1 lipca 1943 roku.
Maria Kisiel opowiada tak: pamiętam jak moja ciotka, Eleonora Mazur z Malczychą na Majdanek chodziły na piechotę. Moja mama - Scholastyka Samulak - kontynuuje wypowiedź staruszka naszykowała co tam mogła i w zajdy (węzełek zrobiony z prześcieradła) na plecy, żeby było lżej i na piechotę boso, na skróty (bo skróty, to krótsza droga była); nie szła tędy za szosą tylko na Radecznicę - żeby ojcu coś zanieść.
Tam [na Majdanku] jakieś pola były, ja tam nie była, to nie wiem. Ci ludzie na tych polach przedzielonych drutami pracowali dla Niemców. Co oni tam robili? Taka tam robota była, by ich wymordować. Mam mówiła, że jak rzuciła bochenek chleba - bo wiele nie wolno było rzucać - to wszyscy głodni się zlecieli i rozdarli ten chleb tak, że ojciec nawet skibki nie dostał. Nie mogła podejść blisko do ojca, bo były druty. Przez druty rzucała. Ale nie patrzyła na to, tylko chodziła i rzucała. Pięć razy była na Majdanku - szła trochę dłużej niż dzień. Wychodziła rano, nocowała pod Lublinem i na drugi dzień dochodziła do obozu.
Potem jakoś się udało, że ojciec wrócił . Jakieś podanie matka składała w jakimś urzędzie u Niemców. Ojciec nazywał się Samulak Jan. Razem z ojcem zwolnili pięć osób. Gdy inni ze Szperówki dowiedzieli się o tym - Boże! Wieźć ich do Lublina. Gdzie matka załatwiała to zwolnienie? U kogo składała podanie? Mam już wtedy nie jeździła do lublina, tylko Hachańkowa/Hochańkowa? Jej brat też był na Majdanku. Ona pojechała jeszcze z kilkoma ludźmi i zaprowadziła ich do biura, w którym to podanie składała razem z mama, ale już nic nie pomogło. Nikogo więcej oprócz tych pięciu nie zwolnili.

***

Pomimo tego, że byli partyzanci i Niemcy, to oprócz nich grasowali bandyci i napadali na młode dziewczyny. Ojciec nam zrobił kryjówkę na poddachu (tak na Zamojszczyźnie nazywa się zabudowania gospodarcze) na strychu. Spałyśmy tam we cztery - dwie stryjeczne siostry (Dańkowe) i nas dwie - ja i moja siostra. Jak już weszłyśmy do kryjówki ojciec zamykał wejście, żeby nie było widać koniczyny w której byłyśmy ukryte, zabierał za sobą drabinę. Co by było gdyby wybuch pożar/
Pamiętam jednego razu przyszli do domu Rosjanie. Stukają w okno. Dom był blisko poddachu. Trzeba ich było wpuścić , bo przecież inaczej okno by wybili i jeszcze pobili. Mama mi później opowiadała - a gdzie wasza doczka? Jak ich ukrywaliśmy przed Niemcami, to dawaliśmy im jeść, udzielaliśmy noclegu, bo szkoda ich było. Niemcy ich złapali na froncie, ale jakoś uciekli. Potem potrafili inaczej robić. Mama mówi - nie ma. Dziewczynki pojechały do Rozłóp.

***

Ojciec był zabrany na wojnę i frontu dostał się do niewoli. Pracował w Niemczech u Bauera; wojna rozpoczęła się 1 września a mojego ojca zmobilizowali już 14 sierpnia - tylko dwóch ich ze Szperówki wzięli, a potem juz powszechna mobilizacja była - jak wojna wybuchła to juz wszystkich zabrali.
Niestety niedługota wojna trwała - ojciec dostał się do niewoli gdzie był dwa lata. Opowiadał, że i z drutami był i w śmietnikach grzebał, bo jeść się chciało. Jadł łupiny, co popadło... Ile był za drutami [w obozie dla jeńców wojennych?] nie wiem, a potem dostał się do Bauera - jego syn był na wojnie, a żona z dziećmi i rodzice zostali. Ojciec pracował na roli, końmi - pochodził ze wsi, to wszystko umiał robić na roli. Mówił, że do dobrych ludzi popadł; było mu bardzo dobrze, tylko do domu go ciągnęło, bo miał w domu swoje dzieci. Uciekł stamtąd. Do warszawy na piechotę przyszedł, nie był daleko gdzieś na brzegu Niemiec.
Z Warszawy chociaż bał się trochę przyjechał pociągiem. Uciekło ich pięciu, szli oddzielnie - tylko 2 czy 3 doszło pozostałych złapali. Nocami szli, przez rzekę przechodzili - wiązali koszule za rękawy, jeden trzymał z jednej strony, drugi z drugiej - trzymali się tych koszul jak sznurka i przechodzili przez rzekę jeden za drugim. Jeden z tych, co razem z ojcem uciekli to był Bizior z Rozłop, drugi Cichoń - to był nasz sąsiad, pochodził ze Szperówki, ożenił się do Kawęczyna - to jego złapali. Dobrze, że tych złapanych nie rozstrzelali, tylko cofnęli z powrotem.
Ojciec przyszedł do domu i zaczął się ukrywać, bo wpadali w dzień i w nocy i pytali o niego. Pamiętam, jak spałyśmy z siostrą na strychu, to Niemiec po drabinie wszedł do nas, ale tylko się rozejrzał, poświecił latarką i dalej nie wszedł. Tak po niemiecku ze sobą szwargotali, ale nie budzili nas, nic się nie pytali. Nie szukali na tej górce. Ojciec nigdy w domu nie spał, zawsze się czuwało. Jakoś dzięki Bogu nie złapali go. Zawsze, gdy Niemcy mieli być na Szperówce, to ktoś dawał znać: "uciekaj, uciekaj, bo Niemcy..." Gdy pytali Mamę o niego odpowiadała, że poszedł na wojnę i nie ma go, bo cóż im miała powiedzieć. W 1942 roku chyba wrócił, pobył trochę w domu, a w 1943 na Majdanek go zabrali. I tak się poniewierał aż wyzwolenie przyszło, wtenczas był i już się nie bał nikogo.

***

W naszych stronach wyzwolenie było wcześniej. Pamiętam jak partyzanci przepędzili Niemców - uciekali i uciekali dzień i noc. Szli i szli...Jargot był taki, u nas na Szperówce szosy nie było tylko polna droga; teraz jest światło i woda, kiedyś ani szosy ani wody nie było. Więc jak szli ci Niemcy, a potem Ruscy to taki jargot był, bom, bom, bom - słyszeliśmy schowani na strychu.
Na zakończenie wojennych opowieści ze Szperówki Maria Kisiel opowiada jeszcze jedno zdarzenie: to było na Kawęczynku - dzisiaj nikt nie pamięta jak tę rodzinę wymordowali. Małe dzieci były w domu, rodzice poszli na pole. Niemcy wypytali dzieci gdzie są rodzice, obiecywali jakieś słodycze i te dzieci poszły po rodziców. Jak wrócili, Niemcy rozstrzelali wszystkich.




Strona Główna    Wspomnienia