Strona Główna



ALEKSANDER PIWOWAREK

Szczebrzeszyńska metafizyka. (Szczebrzeszyn 1953 - 1956)


Po powrocie do Szczebrzeszyna zacząłem niezbyt skwapliwie szukać pracy. Były propozycje wolnych etatów zarówno w lubelskim kuratorium jak i w DOSZ.1 Nie było jednak etatu polonisty w szczebrzeszyńskim PLP. Okazało się natomiast, iż poszukiwano nauczyciela do języka polskiego w szkole ćwiczeń. Zaproponowano mi pracę w tamtejszej szkole podstawowej, jednocześnie panią Janinę Piech, osobę o dużym doświadczeniu pedagogicznym przeniesiono do ćwiczeniówki. W ten sposób rozpoczęła się moja kariera nauczycielska.
Szkoła Podstawowa mieściła się w budynku położonym na rogu ul.Trębackiej Zamojskiej. Był to bliźniaczy obiekt względem byłego magistratu a następnie szkoły zawodowej. O ile sobie dobrze przypominam z mojej dwutygodniowej edukacji w miasteczku w listopadzie 1939 roku, to właśnie tu mieściła się przedwojenna szkoła powszechna. Aktualnym kierownikiem był pan Marian Pado, uczyła również jego małżonka. Tercet starszych panów tworzyli panowie Jan Łopuszyński, Stanisław Leszczyński oraz Franciszek Głowacki. Niemal dwadzieścia lat ode mnie był starszy pan Adam Szyduczński. Trójkę młodzieży stanowiły panienki Smoleniówna i Danusia Furelepa oraz ja.
W czasie mego pobytu w Warszawie a następnie Krakowie miasteczko odwiedzałem wielokrotnie. Tu mieszkali moi rodzice, było nasze mieszkanie, moi koledzy i znajomi Było też oddalone o kilka kilometrów na zachód Podborcze z rozwalonym młynem, Gorajką z kiełbiami i nadzieją na taaaką rybę. I był ten piękny pofałdowany krajobraz zapierający dech w piersi. Miasteczko jednak jakoś przybladło i poszarzało. Z tamtych klas z 1944 r. nie było nikogo. Raz spotkałem się z Jurkiem Kołątajem innym razem już w sutannie i po święceniach zjawił się Czesław Bartnik. Dawno przebrzmiał czas półoficjalnego obnoszenia się z pistoletem. W ratuszu rezydowała tow. Gad; gminny sekretarz PZPR, a na posterunku MO jawny rezydent ubecki, osobnik o nazwisku Mart. Ten pan odwiedził nasze mieszkanie już w po podjęciu przeze mnie pracy w szkole. Wszedł cicho, bez pukania, obszedł mieszkanie i wyszedł. Nie warto byłoby wspominać owego epizodu, gdyby nie fakt, iż ukazuje on atmosferę, w jakiej w owym czasie przyszło nam żyć. Nie da się bowiem zaprzeczyć, iż takie wdarcie się do czyjegoś mieszkania, bez słowa wyjaśnienia o celu wizyty z normalną obyczajnością niewiele ma wspólnego. [Może miało to być przypomnienie o czujności "ludowej władzy", a może reakcja na jakiś donos, lub czyjaś inspiracja.] W każdym razie owa wizyta pozostała bez dalszych konsekwencji. Po pracy w szkole pozostawało sporo czasu, który usiłowałem m. in wypełnić grą w szachy. Niestety jedynym partnerem, który mi pozostał był Tadek Jaszczyk. Podczas nauki w szkole średniej towarzystwo było liczniejsze. Na początku był Czesław Bartnik, Potem kilka razy wybrałem się do brata Cezarego Klusa, Bogdana, od którego otrzymywałem srogie baty. Nieco później odwiedziłem mego wybawcę z rąk "szturmówki", milicjanta Ludwika Zajdlica ze skutkiem jak uprzednio. Moimi partnerami z końca lat czterdziestych byli. Janek Czuk i Bolek Sawic.
Wcześniej z Tadeuszem Jaszczykiem zetknęliśmy się kilkakrotnie w ośrodku zdrowia mieszczącym się wówczas w baraku za szpitalem przy ul. Klasztornej, gdzie od czasu do czasu zapraszano nas na badania. Początkowo mieszkał z matką i siostrą w fatalnych warunkach, w starej chacie, stojącej na skarpie przy ul. Frampolskiej (Partyzantów). Potem przeniósł się do kamienicy p.p Guzowskich naprzciwko szpitala. Został sąsiadem przez drzwi p.p. Klukowskich. Pracował w miejscowym szpitalu jako księgowy, również żona Tadeusza - Danuta pracowała w szpitalu na stanowisku przełożonej pielęgniarek. Stąd znajomość z Doktorem przekraczała sporadyczne sąsiedzkie kontakty. Ponieważ Tadeusz był jedyną osobą w Szczebrzeszynie, odwiedzaną przeze mnie z okazji każdego mojego pobytu już po opuszczeni miasteczka, wiedziałem od niego nieco o Klukowskim, jego kondycji i stanie psychicznym, oraz miałem fragmentaryczną wiedzę o jego więziennej doli.
Na podstawie tej wiedzy mam uzasadnione przesłanki by mniemać, iż właśnie ten mój bliski kolega był pupilem i powierników dra Zygmunta w ostatniej tragicznej fazie jego życia. Wrócił zaś Klukowski z perelowskich kazamatów z mocno zrujnowanym zdrowiem. Nie stan fizyczny był jednak zasadniczą przyczyną cierpień. Zawalił się cały jego świat. Wraz z synem zamordowano wszystkie nadzieje związane ze zbliżającą się starością. Więzienne doświadczenia i otaczająca go rzeczywistość negowały wszystkim wcześniejszym wyznawanym wartościom. Atmosfera drugiej połowy roku 1954, gdy Klukowskiego zwolniono z więzienia we Wronkach2, nie była jeszcze "odwilżą". Powiewał jednak zefirek zapowiadający "październikową wiosnę".
Nadzieja na spełnienie najgorętszego pragnienia, jakim było zachowanie w pamięci czasu grozy i pogardy, ale również czasu heroizmu, oraz bezgranicznych poświęceń stawała się realna i owa nadzieja pozwalała mu trwać, aż do ukazania się "Dziennika....".
Nie sądzę jednak byKlukowski idealizował małomiasteczkową, otaczającą go rzeczywistość. Zbyt wiele dostrzegał krwi na niektórych rękach, zbyt wiele podłości w niektórych oczach i nie bez racji zapewne mniemał, iż są wśród mieszkańców osobnicy oględnie mówiąc mu nieżyczliwi. Krąg najbliższych przyjaciół stanowili pracownicy szpitala, lekarze i właściciele (wówczas jedynie pracownicy) apteki. Wielu wielbicieli zyskał sobie "Podwiński"3 w toku konspiracyjnej działalności. Wielu wywodziło się z czasu, gdy był lekarzem szkolnym.4 Co najmniej trzech uznanych pisarzy odwiedziło mieszkanie w szpitalu w drugiej połowie lat czterdziestych. Byli to Janusz Meissner, Jan Wiktor oraz Wojciech Żukrowski. Szczególnie dwaj ostatni stali się w bliskiej przyszłości gorącymi jego orędownikami.
Wzrastająca popularność stanowiła zapewne jakąś osłodę losu, ale nie była w stanie wyrównać potwornych krzywd, jakie go dosięgły tym bardziej, iż władza nawet ta popaździernikowa nie skłaniała się ku faktycznemu zadośćuczynieniu Nie pozwolono na ekshumację zwłok przybranego syna5, a nawet nie wskazano miejsca pochówku. Nie był Klukowski fizycznie torturowany w czasie śledztwa. Największe i uzasadnione katusze sprawiała mu utrata syna. Tyle opowiedział w sekrecie Tadeuszowi Jaszczykowi, a przynajmniej tyle ja od Tadeusza wiedziałem.
Z Klukowskim zetknąłem się po raz pierwszy w czasie okupacji, będąc jego pacjentem. Po wojnie widywałem go często na ulicach miasteczka i w pobliżu szpitala. Po raz ostatni ujrzałem go w Lublinie, gdy drepczącym starczym krokiem przechodził wraz ze swą małżonką Zofią ul. Chopina.
W latach pięćdziesiątych w "Domu Książki" pracowały dwie panienki: Kazia i Halinka. Należałem do grupy dosyć przypadkowych osób, które często i długo przebywały w sklepie, z zasady bez zamiaru robienia zakupów. Lokal był przez te osoby traktowany jako rodzaj bezpłatnego klubu, bądź świetlicy. Niemała atrakcją było kilkakrotne pojawienie się w sklepie sióstr: Zosi lub Lidki Kliz, członkiń niedawno zorganizowanego przez T Sygetyńskiego zespołu "Mazowsze". Były one przyjaciółkami sprzedającej w księgarni Halinki Gdulównej. Owo księgarniane rykowisko stwarzało sytuację nieco krępującą dla normalnych klientów, co starała się bezskutecznie wyjaśniać mi kilkakrotnie moja mama. Inną metodą spędzania czasu stanowił oddawanie się hazardowi. Byłem zupełnie zielonym pokerzystą, nic dziwnego, iż zawsze chodziłem bez grosza. Jeden zespół graczy stanowiło towarzystwo z grona nauczycieli licealnych byli to; Miecio Kadłubowski, Witek Krzywiński, uzupełniani niekiedy przez Frania Kmicika lub Frania Hawryluka. Szczytem nierozwagi było jednak siadanie do stolika z braćmi Zbyszkiem i Marianem Kapciami. Sporo czasu upłynęło nim zorientowałem się, na czym polega gra w "rodzinnego pokera".
Owe rozrywki nie przysłaniały mi jednak obowiązków zawodowych Ówczesny etat w szkole podstawowej wynosił trzydzieści godzin. W moim wypadku dochodziły jeszcze nadliczbówki oraz praca w bibliotece. Szybko zorientowałem się, iż na tym poziomie nauczania wiedza akademicka nie jest zbyt użyteczna. Natomiast bardzo pomocne okazały się podręczniki. Do ćwiczeń ortograficzno - stylistycznych służyła książeczka autorstwa Bronisława Wieczorkiewicza. Przy nauce gramatyki bardzo pomocny był podręcznik Zenona Klemensiewicza. Natomiast tytułów podręczników do nauki literatury i nazwisk ich autorów nie przypominam sobie. Zawierały one zarówno teksty opracowane przez autorów książek jak i niewielkie fragmenty z dzieł literackich,oraz utwory poetyckie. Jako ciekawostkę przytoczę czytankę, która przez lat kilka znajdowała się w podręczniku dla kl. szóstej o tytule "Plastusie Wojtusia Kołłątaja". Treść owego opowiadanka była oparta na autentycznym wydarzeniu, jakie miało miejsce w Szczebrzeszynie. Wojtek był młodszym bratem wspominanego wyżej Jurka. W wolnym czasie lubił lepić z plasteliny sceny z czytanych lektur. W czasie, o którym mowa miał ulepioną scenkę z W pustyni i w puszczy (dziełko sygnalizowało niewątpliwy talent chłopca). Był to rok 1949 i cały "obóz socjalistyczny" z wielką pompą czcił siedemdziesiąte urodziny "wodza światowej rewolucji". Komunistyczne władze oświatowe na gwałt szukały "spontanicznych odruchów społecznych" w rzeczonym temacie
Kierownik szkoły pan Marian Pado przypomniał sobie o talencie Wojtusia i zaproponował mu ulepienie odpowiedniej sceny celem przekazania jako urodzinowego daru dla Stalina. Niebawem powstała plastelinowa scenka z "Młodej Gwardii"6, którą przekazano do Warszawy. Po paru dniach Wojtek otrzymał zaproszenie do stolicy. Okazało się, iż niektóre figurki zostały w drodze uszkodzone i chłopiec poprawiał je własnoręcznie. Następnie scenę utwardzono. Czy prezent adresat otrzymał i się nim zainteresował nie wiem. Mimo owego aspektu serwilistyczno - politycznego, ktoś ów talent dostrzegł. Wojtek w następnym roku otrzymał stypendium i miejsce w zakopiańskiej szkole artystycznej. Nie został jednak rzeźbiarzem. Został natomiast bliskim współpracownikiem prof. Kazimierza Michałowskiego7, a obecnie jest wybitnym polskim archeologiem; prawdopodobnie już w stanie spoczynku.
Powracając jednak do ówczesnego szkolnego programu literackiego to obok owych czytadełek o różnej wartości ideologicznej i formalnej istniały lektury obowiązkowe do omówienia na lekcjach. Żelazną pozycje zawsze stanowił "Pan Tadeusz" i stale okazywało się, iż jedynie niewielki odsetek uczniów poemat przeczytało. Po kilku latach doświadczeń doszedłem do wniosku, iż przybliżyć młodzieży ową epopeję można jedynie przez analizowanie fragmentów utworu. Duże zainteresowanie wzbudzało czytanie "Ojca zadżumionych"8: wówczas panowała na lekcji zupełna cisza. Nasuwał się oczywisty wniosek, iż większe zainteresowanie budzi wartka narracja i dramaturgia wydarzeń, niż najpiękniejsze nawet opisy, do których potrzebne jest pewne przygotowanie i dojrzałość. Z trójki romantycznych wieszczów najmocniej eksponowany był Mickiewicz obok wspomnianego Pana Tadeusza do lektur obowiązkowych zliczono "Grażynę", wybór sonetów krymskich, wybór ballad i niektóre wiersze programowe. Słowackiego reprezentowały fragmenty dramatów i niektóre wiersze.
Twórczość pozytywistycznąsegregowano wokół tak dobranych tematów by ukazywały negatywne zjawiska społeczne swego czasu. Ponieważ nie sądzę by szczegółowe omawianie zakresu lektur było zbyt interesujące, na tym je zakończę. Ideologiczną poprawność postawy nauczycielskiej kształtowano w owym czasie za pośrednictwem szkoleń. Mile widziano przynależność do PZPR.
W 1954 roku przeżyłem jedynąw czasie mej kariery nauczycielskiej w Szczebrzeszynie wizytację. Nazywała się "wizytacją frontalną". Trzech panów inspektorów oświaty z Zamościa: Jakoniewski, Jur i Niderla przez kilka dni z rzędu oceniało poszczególnych nauczycieli i szkołę jako całość. O ile znało się pewne elementy determinujące ocenę lekcji przez wizytujących, nie było trudności w uzyskaniu pozytywnej cenzurki. Do owych determinantów zaliczano "upoglądawianie", "aktualizowanie" i "naukowe interpretowanie" zajęcia. Obowiązywał również konspekt. Ogólna ocena szkoły wypadła dobrze. Jaki wpływ miały na to nieco grubsze przy wyjeździe teczki panów inspektorów nie umiem stwierdzić. W tym czasie woźnym był niejaki Łata zaś sprzątaczką jego żona; Ukrainka, z którą się poznali w czasie pobytu na przymusowych robotach w Niemczech. Prawdopodobnie kierownik szkoły wraz z Łatami na spółkę hodowali na własne potrzeby nierogaciznę. Być wiec może, iż ową opasłość inspektorskich teczek powodowała wędlina lub rąbanka z własnego uboju. Nie zapominajmy, iż był to okres kartek na mięso i innych braków w zaopatrzeniu. Rąbanka wiec była miłym i cennym dowodem uczuć. Natomiast okresowi wspólnicy ku obustronnej szkodzie dość szybko się poróżnili, w bliżej nieznanych mi okolicznościach. Łatowie stracili pacę i mimo, iż następnie przez lat wiele byli sąsiadami moich rodziców w kamienicy, wiedza w tej materii do mnie nie dotarła.
Rowerem nauczyłem się jeździć późno - z bardzo prozaicznej przyczyny, bowiem w okresie wojny i bezpośrednio po wojnie był to sprzęt deficytowy i rower kupiłem dopiero za jedną z pierwszych pensji i to tylko dzięki temu, iż kilka sztuk owych wehikułów pojawiło się w prowadzonym przez ojca geesowskim sklepie. Po okresie próbnym, z odrobinę poobijanymi kolanami wybrałem się z kolegą Okoniewskim do Radecznicy na odpust. Jechałem za Ludwikiem ścieżkami obok wyboistej drogi szarpiąc kierownicę, niczem pijany i tak dotarliśmy w pobliże Radecznicy. Kilkaset metrów przed mostkiem na Gorajce ścieżka prowadziła niewysoką skarpą, obok której biegła droga w tym miejscu nader obfita w błoto i kałuże.
Jeden nieskoordynowany ruch kierownicą i wraz z rowerem znalazłem się o metr poniżej w błotnistej kąpieli. Kolega wyciągnął mnie jedną ręką uchwyciwszy poniżej krzyża, drugą usiłował wydobyć za kierownicę rower. O odpustowych atrakcjach nie było mowy. Na szczęście rzeczka była w pobliżu. Było wiec pranie, kąpiel i suszenie garderoby na łączce. Ucierpiały jednak moje spodnie i noga zaczepione jakimś fragmentem rowerowego błotnika, Nie obyło się, więc bez wędrówki do pobliskiej Radecznicy. Tu mój krewny Józef Bizior z Dzielec będący wówczas kierownikiem "Ośrodka Zdrowia" zaopatrzył moją nogę bandażem, a nogawkę spodni agrafką.
Owa przygoda była dodatkowąbardzo owocną nauką jazdy na rowerze, a ta umiejętność była w tamtym czasie nieodzowna. Dzięki niej mój kontakt z gorajecką enklawą był dosyć intensywny. Łączyły mnie z nią nie tylko więzy krwi, ale i motyw emocjonalny istniejący jeszcze z czasu wojny. Atawistyczne zajęcie wędkarskie uległo nawet zintensyfikowaniu. Miałem żyłkę nylonową, pierwszy życiu spinning z kołowrotkiem i kij bambusowy. Wszystko zakupione w znanym tamtego czasu sklepiku "U Suma" na parterowej Marszałkowskiej.
Dzięki rowerowi poznałem niemal cały bieg rzeczki. Ze względu na podmokłe w wielu miejscach otoczenie nie było mowy o poruszaniu się rowerem wzdłuż koryta. W większości wiosek mieszkali jednak krewni, u których nie tylko mogłem zostawić pojazd, ale i przenocować, a następnie przechodzić z biegiem nurtu wody lub w odwrotnym kierunku. Tym sposobem poznałem bieg rzeki od Czarnegostoku, aż po Zakłodzie. Tu miałem kolejną "metę". Poznałem bieg Poru od Turobina po Sułów. Taaakiej ryby wówczas nie złowiłem. Widziałem jedynie kilka naprawdę dużych węgorzy pochwyconych przez młynarz w Zakłodziu po otworzeniu stawideł młyna.
Moje sukcesy wędkarskie nie sposób zaliczyć do imponujących. Obok drobnicy było kilka niewielkich szczupaków i węgorzy Inną domeną moich szczególnie wakacyjnych zainteresowań były wiejskie panienki. Były to przede wszystkim gimnazjalistki lub studentki spędzające wakacje u rodziny na wsi. Kochliwy zresztą byłem niemal od kołyski; Pierwszym i nieodwzajemnionym obiektem mych westchnień była pięcioletnia Danusia w Samborze, rozpieszczona córeczka oficera, miała lat pięć i nie dostrzegając mnie doprowadzała do rozpaczy
W Nisku było lepiej. Uzyskałem przychylność ośmioletniej koleżanki Tereski K. dziewczątko było skromne nawet odrobinę chucherkowate i szczuplutkie. Odwiedzaliśmy się w ławkach, wpisywali do pamiętnika, świadczyli drobne uprzejmości. Potem była wojna. Do szkoły niemal nie uczęszczałem, pasłem krowy, zbijałem, bąki, kryłem się przed Niemcami. Wymarzona kolekcja obiektów westchnień i marzeń pojawiła się wiosną 1944 roku, gdy rozpoczął się gorajecką kurs tajnego nauczania. Były tam Marysia, Dusia, Zosia, Kazia i Ludwika. Wszystkie piękne godne uniesień. Wraz z końcem okupacji zniknął z boginkami ów Eden w sposób ostateczny i drastyczny. Nigdy z którąkolwiek z nich nie już nie zetknąłem się.
Choć powojenny Szczebrzeszyn to nie światowa metropolia, czułem się początkowo nieco zakompleksiony i onieśmielony Stan ów pogłębiały moje "osiągnięcia" z wychowania fizycznego. Ela Kierkus zostawiała mnie o dwadzieścia metrów na "setce' w biegach. Moja sprawność fizyczna była połączeniem ruchów hipopotama ze słoniem. Zainteresowanie światem młodziutkich dam dało znać o sobie pod koniec lat czterdziestych. Niekiedy, gdy korowód opuszczających szkołę dziewcząt powracał do domu i na stancję, spoglądałem na nie z balkonu.
Wiele owych panieneczek znałem z widzenia. Z niektórymi z nich usiłowałem nieudolnie nawiązać kontakt. Efekty owych zabiegów były marne, choć niezupełnie bezowocne. Pewnego razu mój aktualny partner szachowy B. Sawic zaproponował mi nawiązania kontaktu z jego sąsiadką, co niebawem zostało zrealizowane. Nie było w tej znajomości ani zbytniego zaangażowania, ani emocji. Jednak dodatkowe wyprawy na ulicę Frampolską zwróciły moją baczniejszą uwagę na jej mankamenty. A ulica istotnie była obskurna. Jednię zbudowaną z "kocich łbów" pokrywał pokład lessowego pyłu, który po każdym deszczu zamieniał w grubą warstwę lepkiego błota. Poboczami prowadziły wzdłuż opłotków równie błotniste i pełne kałuż wąskie ścieżki. Żadna z kilku latarni mających oświetlać wieczorem drogę nie była sprawna. Kilka umiejscowionych tu publicznych studni było zepsutych i nie nadawało się do użytku. Utrzymywałem w tym czasie kontakt z Lubelskimi gazetami, wysyłają niekiedy lokalne informacje. Kilka niewielkich krytycznych notatek przyniosło częściowo pożądane efekty, latarnie zaczęły świecić studnie zostały naprawione.
Niebawem moje romantycznezainteresowania skierowane zostały w rejon radecznicki. Wakacyjne wyprawy o tym charakterze miały wszystkie cechy "randek w ciemno". Jak powyżej nadmieniłem ich obiektem były z zasady uczennice szkół średnich przebywające w ciągu roku szkolnego poza swoim wiejskim domem rodzinnym, a pojawiały w nim w okresie świąt i ferii. Na początku lat pięćdziesiątych tendencja do kontynuacji nauki po ukończeniu lokalnej szkoły podstawowej była dosyć ograniczona przede wszystkim ze względu na trudności materialne, ale i brak tradycji.
W pierwszej połowie lat pięćdziesiątych wieś polska a w tym i lubelska znajdowała się w trudnej sytuacji. Nadal mimo zakończenia wojny były ściągane kontyngenty obecnie eufemistycznie zwane "obowiązkowymi dostawami". Natomiast ze strony przemysłu niewiele było artykułów ułatwiających rolnikowi pracę i życie. Nie kryjąc się zbytnio ze swymi zamiarami komunistyczne władze przygotowywały się do pełnej kolektywizacji polskiej wsi. Oczywistym tego objawem była reforma administracyjna wprowadzająca podział terenów wiejskich na "gromady" mające niebawem stać się obszarem działania tzw "spółdzielni." Praca na roli szczególnie w porze letniej ze względu na prymitywizm stosowanych narzędzi była wielce czasochłonna i uciążliwa i z tego powodu młodzież przyjeżdżająca na wakacje nie dysponowała nadmiarem czasu, poza tym struktura nieruchomości i ich wyposażenie były bardziej niż skromne.
Chaty w większości jednoizbowenie pozwalały na niekrępujące składanie wizyt brak byłoównież energii elektrycznej i stąd owe przysłowiowe "egipskie ciemności" ogarniające i wioskę i chłopską zagrodę. Powyższe determinanty powodowały niekiedy sytuacje groteskowe, czasem nieco żenujące, niekiedy zabawne. Pewnego razu, gdy biwakowałem w stodole moich krewnych w Podborczu otrzymałem wiadomość, iż w pobliskim Chłopkowie pojawił się obiekt godny zainteresowania. Już następnego wieczoru wybrałem się do odległej około kilometr w kierunku zachodnim rzeczonej miejscowości celem dokonania rekonesansu. Zgodnie z lokalnymi obyczajami (wynikającymi zresztą z uwarunkowań) miejscem owego spotkania była ławeczka w pobliżu chaty. Rekonesans nie wypadł zbyt atrakcyjnie ani obiecująco. Odwrót nastąpił w porze piania słynnych z piosenki Ciechowskiego chłopkowskich kogutów.
Noc była szczególnie ciemnatak, że nie sposób było dostrzec nie tylko koleiny polnego szlaku, ale nawet końców własnych butów. Po pewnym czasie zacząłem dostrzegać niewyraźne kontury zabudowań, które według mnie nie powinny tu się znajdować. Paląca się w dosyć dużej odległości przede mną jedyna lampa elektryczna pozwoliła mi się zorientować, iż wędruję w kierunku północnym do odległej około pięciu kilometrów Radecznicy. Szukanie w ciemnościach właściwej ścieżki nie wchodziło w grę. Dotarłem do Radecznicy a następnie gościńcem w odwrotnym kierunku. Zamiast pokonania jedno kilometrowego odcinka dzielącego Chłopków od Podborcza "skróciłem" sobie drogę o dziewięć kilometrów.
Gdy dotarłem na miejsceniebo błękitniało. Innym razem wybrałem się do nieodległej miejscowości położonej za rzeczką (kilometr na wschód od mego miejsca biwakowania). Znowu tradycyjna ławka, oczekiwanie na zakończenie obrządku i wyjście bogdanki. Trwało to dosyć długo. Siedziałem, więc na owej ławce, a że czułem coś wilgotnego rozchodzącego się, co raz szerzej, kręciłem się nieprzyzwoicie. Gdy powróciłem do Podborcza stwierdziłem, iż moje spodnie nie nadają się do użytku, ławeczka, bowiem służyła nie tylko ludziom, ale i kurom.
Wspomnienia o moich przygodach na północno-zachodnim skrawku Roztocza, mimo, iż można by jeszcze długo bajać, dobiegają końca. Trwało to ponad piętnaście lat. Jedynym aspektem anielskości tamtego czasu była młodość i krąg przyjaciół w tym również owe urocze dziewczęta, obojętnie czy roztaczające swój czar na ulicach miasteczka, czy w wiejskich zagrodach. Jednak niemal cały czas atmosfera społeczno-polityczna była duszna i ciężka. Nie poprawiała jej sytuacja małego miasteczka coraz bardziej tonącego w marazmie i gnuśności Ubywało dziewcząt i chłopców z tamtych nieodległych lat. Znikali w szerokim świecie. Pojawienie się pewnej drobnej osóbki spowodowało, iż znalazłem się na drugim krańcu Polski Nad Krajem pojawiła się zorza październikowej odwilży To jednak inna epoka i odrębny temat.




Strona Główna    Wspomnienia



1. Dyrekcja Okręgowa Szkolnictwa Zawodowego, instancja działająca równolegle z Kuratorium, podlegało jej szkolnictwo zawodowe.
2. Więzienie we Wronkach zostało zbudowane w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, z przeznaczeniem na dom kary dla skazanych na dłuższą karę pozbawienia wolności oraz osadzonych pozostających do dyspozycji Sądu Prowincji Poznański; wspólną cechą populacji więźniów osadzonych w więzieniu we Wronkach była dominacja więźniów politycznych. Byli wśród nich więźniowie, którzy czynnie, zbrojnie występowali przeciwko władzy komunistycznej oraz tacy przeciwnicy polityczni, których orężem była postawa moralna i siła argumentów. Byli także i tacy więźniowie polityczni, którzy stali się nimi na skutek prowokacji, pomówienia, domniemania, zbiorowej odpowiedzialności lub przypadku. Więźniami politycznymi były osoby z różnych przedziałów wieku - od młodzieży ze szkół ponad podstawowych po siedemdziesięcioletnich mężczyzn; posiadający różny poziom wykształcenia - od analfabetów po nauczycieli akademickich. Zdecydowanie przeważało pochodzenie chłopsko - robotnicze; reprezentowane były wszystkie zawody wg: http://hczarnecki.republika.pl/wronki.htm#_ftn21
3. rodowe nazwisko matki Zygmunta Klukowskiego, wydał pod nim metodą powielaczową w 1944 roku zbiorek pieśni partyzanckich "Pieśni oddziałów partyzanckich Zamojszczyzny"- egzemplarz dostępny jest w zbiorach Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. H. Łopacińskiego w Lublinie
4. w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej pracował jako lekarz w Państwowym Seminarium Męskim , z tego okresu pochodzi jego, unikalne dziś opracowanie "Dawne Szkoły im. Zamoyskich w Szczebrzeszynie 1811 - 1852. Zamość 1927
5. Tadeusz Kościelski vel Klukowski był naturalnym synem posługaczki szpitalnej Marii Kość i malarza Jana Białego, taką informację przekazał ks prałatowi Henrykowi Guzowskiemu w latach pięćdziesiątych Zygmunt Klukowski. Natomiast autor "Dziennika ..." miał syna z małżeństwa z Wandą z domu Wojciechowską. Z synem tym spotkał się w czasie pobytu w Norymberdze, gdzie Zygmunt Klukowski przebywał w listopadzie 1946 roku w charakterze świadka, podczas procesu zbrodniarzy wojennych - o spotkani tym wspomina żona Jerzego - Wanda z Juszkiewiczów Klukowska we wspomnieniach " Dangerous journey to freedom" ("Niebezpieczna droga do wolności"), New York 1990. Ze względów zupełnie zrozumiałych, jakikolwiek późniejszy kontakt Klukowskiego z synem Jerzym najpewniej nie istniał. Dopiero w roku 1990 ten ostatni pojawił się w Polsce w poszukiwaniu pamiątek po ojcu a przede wszystkim jego pamiętników. Przyjaciele Tadeusza wraz z Izą Bakońską - Gajewską, towarzyszką jego więziennej niedoli czynią starania by umieścić na ścianie kościoła parafialnego pw. św. Mikołaja w Szczebrzeszynie tablicę pamiątkową ku jego czci. Krótki biogram Tadeusza znajduje się w pracy Zofii Leszczyńskiej " Ginę za to, co najgłębiej człowiek ukochać może. Część II. Lublin 2003
6. głośna powieści socrealistyczna (1946, wydanie polskie 1948) autorstwa Aleksandra Fadiejewa
7. najwybitniejszy polski egiptolog, od 1960 prowadził także badania wykopaliskowe w Aleksandrii, i w następnych latach w Dabod, Deir el-Bahari oraz Faras w Sudanie
8. poemat Juliusza Słowackiego opublikowany w 1839 roku