Strona Główna



BOGUSŁAW GARBACIK. ZDZISŁAW WRÓBEL. ADELA PIPA.

Wysiedlenie Zawady


Mieszkańcy Zawady wiedzieli o akcjach wysiedleńczych stosowanych przez Niemców w 1939 roku na terenach zachodniej Polski, tu dotarli uciekinierzy i wygnańcy stron. Udzielano również pomocy ludności, która w obawie przed wysiedleniem opuściła inne tereny Zamojszczyzny. Duża w tym zasługa kolejarzy, którzy z racji wykonywania obowiązków służbowych byli w ciągłym ruchu, mieli łączność telefoniczną. Oczywiście robiono to ostrożne, z rozwagą, wróg był czujny, a represje trudne do przewidzenia (areszt, więzienie, obóz, egzekucja).
Informowano ludzi pewnych i godnych zaufania. "Rolicz"1 otrzymał pewną, a zarazem straszną wiadomość "5 grudnia 1942 roku będzie wysiedlenie". Poszły ostrzeżenia, wielu ludzi z drobnym dobytkiem uciekło do sąsiednich wiosek korzystając ze wsparcia krewnych, znajomych, ludzi dobrej woli, tak samo niepewnych jutra. Wiele rodzin szukało po prostu schronienia w lesie licząc na łut szczęścia, albo nie wiedząc co ze sobą począć.
5 grudnia o świcie Niemcy otoczyli wieś i stację oraz folwark. Dano godzinę na zabranie bagażu podręcznego oraz żywności. Punktem zbiórki był plac przed drewnianym (stojącym do dziś) młynem. Tu nastąpiła selekcja: zwolniono kolejarzy wraz z rodzinami (nie wszyscy mogli wrócić do swoich domostw, przydzielono im inne, bliżej stacji, po wysiedlonych, albo w budynkach kolejowych), zwolniono robotników folwarku Zawada wraz z rodzinami. Pozostałych przewieziono na podwórze Arbeitsamtu - Biura Pracy , w starej ubezpieczalni "za torami" w Zamościu. Tu stacjonowała specjalna jednostka SS (nosili czerwone chusty), przeznaczona do akcji wysiedleńczych. Kolejna selekcja: "lepsi " gospodarze i ich rodziny (kilkanaście) mieli wrócić do Zawady na wskazane gospodarstwa, najczęściej na swoje, młodzi, silni i zdolni do pracy zostali oddzieleni od rodzin - ich los to wywózka do Niemiec na roboty przymusowe, oddzielono siłą dzieci od ojców i matek, bijąc i znęcając się nad niewinnymi ludźmi.
Pozostali trafili do obozu przy Rotundzie2 w Zamościu . Ich los był tragiczny - tu oddzielono mężczyzn od kobiet, osoby starsze, kaleki o rysach azjatyckich i semickich. Panował głód, brud, zimno, pluskwy, wszy, lęk i obawa, bito i maltretowano bez powodu - to było wpisane w los zatrzymanych.
Po krótkim czasie zaczęto "rozładunek" obozu . Część ludzi wysłano na roboty przymusowe . Odłączone siła dzieci do l;at 12 - tu ładowano do wagonów towarowych - transporty ruszyły "w Polskę" - bez jedzenia, picia, ciepła, opieki - ciężką zimą 1942/43. Wszystko po to by było jak najwięcej ofiar śmiertelnych. Wiele osób trafiło do Oświęcimia. Obóz przeżyła mieszkanka Zawady - Wincentyna Dudek, z domu Kranczewska, rodem z Wielączy (jej dwóch synów dobrzy ludzie uratowali w Siedlcach). Po wojnie ponownie wyszła za mąż, zmarła we Wrocławiu. Oprócz niej w rodzinne strony z oświęcimskiego obozu wróciły dwie kobiety z Wielączy - Bykowa i Zychowiczowa.
Wśród wysiedlonych z Zawady był Zdzisław Wróbel - urodzony w 1923 roku. We wrześniu 1939 roku rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Wielączy, do której uczęszczał do 5 grudnia 1942 roku. W tym dniu, wczesnym rankiem nastąpiło wysiedlenie jego rodzinnej miejscowości. Wraz z rodziną został wywieziony do obozu w Zamościu, gdzie przebywał z siostrą Grażyną (3 lata) i Alicją (8 lat) do końca stycznia 1943 roku. O swoich przeżyciach opowiada tak: wspomnienia z tamtych dni, pomimo upływu niemal 60 lat nie tracą na wyrazistości. Przychodzą niespodziewanie, czasem we śnie, czasem na jawie i nie dają spokoju. Mnożą się pytania i wątpliwości.
Zawada pod Zamościem. 5 grudnia 1942 roku o trzeciej nad ranem Niemcy otoczyli wioskę. Trzask wyłamywanych drzwi i ujadania psów, wrzask gestapowców. W kilka minut wszyscy musieli opuścić domy. Zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz dom był bliżej kościoła), skąd podwodami (wozami konnymi) zawieziono nas do Zamościa.
W obozie przejściowym , przeznaczonym dla tysiąca osób, było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne drewniane baraki bez podłóg, niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, błoto wewnątrz po kolana. Straszliwy głód. Badania rasowe, selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniadą cerę więc uznano mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chorą siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy. Były tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich przeznaczeniem, wcześniej czy późnej miała być śmierć.
Miałem już 10 lat, znalazłem miejsce do spania na górze. Było tam przynajmniej sucho, ci z dołu musieli spać w błocie. Grzałem siostrę własnym ciałem. Każdego ranka z naszego baraku wynoszono po kilka trupów. Pod koniec stycznia mnie i Grażynkę, wśród tysiąca innych osób popędzono na zamojski dworzec kolejowy. Wszystkich wtłoczono do pociągu . W składzie były wagony towarowe i osobowe. Trafiliśmy do osobowego. W przedziale przeznaczonym dla kilku osób zmieściło się ponad 20 ludzi. Słabą Grażynkę udało się umieścić na półce bagażowej.
Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlacach na peronie ułożono ponad 20 ciał . Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie pociąg z "dziećmi z Zamojszczyzny" 3 i przyszli nas ratować... Było wiele pielęgniarek, lekarzy, kolejarzy i cywilów. Panował nieopisany bałagan. Ktoś poczęstował mnie zupą. Nigdy wcześniej i nigdy później zwykła zupa tak wspaniale mi nie smakowała. Tamtego dnia po raz ostatni widziałem Grażynkę żywa. Prosto z dworca trafiła do szpitala. Mnie wraz z innymi umieszczono w gmachu Rady Głównej Opiekuńczej,4 skąd po kilku dniach zabrała mnie jakaś kobieta. Była to dość tęga pani o miłym i ciepłym uśmiechu. Wyciągnęła do mnie rękę i zapytała czy nie zechciałbym z nią pójść. Chciałem. Nie miałem wyboru. Mąż tej kobiety był zdunem, w domu było kilkoro dzieci. Chodziłem do piekarni przy ulicy, która przecinał tor kolejowy. Tam odbierałem przydziałowy chleb.
Pewnego dniaodnalazła mnie matka. Przywitała się i powiedziała: "chodź, pójdziemy pożegnać się z Grażynką ". Poszliśmy do szpitala.. Moja siostra ubrana była w bała sukienkę, leżała w białej trumience. Nie wiem, dlaczego nie mogliśmy tam być dłużej. Nie byliśmy na pogrzebie, nie wiem czy takowy się odbył. Widok siostry w trumnie prześladował mnie przez wiele lat. Chciałem jej poszukać, ale nie wiedziałem jak i gdzie. Powinienem tez odnaleźć kobietę, która uratowała mi życie. Byłem u niej przez dwa miesiące. Wtedy pożegnałem się z nią , ale nie tak , jak z osobą, która mnie ocaliła. Byłem zbyt mały. Nie zadawałem sobie sprawy z tego co zaszło.
Poza Grażynką przeżyli wszyscy z naszej rodziny. Odnaleźliśmy się. Z Siedlec w 1944 roku wróciliśmy do Zwierzyńca. Schronienia udzielił nam hrabia Jan Zamoyski, który z żoną Różą prowadził ochronkę dla tułaczy takich jak my. Później, aż do lipca 1944 roku ukrywaliśmy się w różnych miejscowościach. Po wyzwoleniu, wraz z rodziną wróciliśmy do zrujnowanego gospodarstwa. We wrześniu 1944 roku ponownie poszedłem do szkoły podstawowej w Wielączy. Ukończyłem ją w 1948 roku. Następnie w 1952 roku skończyłem Gimnazjum i Liceum Handlowe w Zamościu; pomimo, że ojciec był kułakiem (miał 10 ha pola) studiowałem na Wyższej Szkole Ekonomicznej w Łodzi. Późnej podjąłem prace w Zakładach "Chełmek".

Zdzisław Wróbel żyje wraz z rodziną w Chełmku, jest emerytem, kombatantem i czynnym przewodnikiem wycieczek. Z pomocą dobrych ludzi odnalazł grób siostry. Ilekroć odwiedza Siedlce,ma ma przy sobie zdjęcie kobiety, której zawdzięcza życie. Przechowuje je jak relikwię. Pomimo wielu nieudanych prób jej odnalezienia , ma nadzieję, że mu się wreszcie powiedzie. Mówi - "może nie wierze, że uda mi się Ją odszukać po sześćdziesięciu latach. Po co? By podziękować za życie. "




Strona Główna    Wspomnienia



1. porucznik Bartłomiej Czerwieniec z Zawady; uczestniczył w kampanii wrześniowej , po jej upadku powrócił do rodzinnej Zawady, gdzie w porozumieniu z ukrywającymi się we wsi zawodowymi oficerami i podoficerami zorganizował placówkę AK i za ich zgodą został jej dowódcą; początkowo nosił ps. "Jerzyk", późnej "Rolicz". Aresztowany 28 września 1944 roku podczas narady w Zamościu, wywieziony został na Zamek w Lublinie, a stąd za Ural. Po powrocie zachorował na płuca, wyjechał do Wrocławia, poddał się kuracji w Kowarach Śląskich. Zmarł w listopadzie 1947 roku - symboliczna mogiła "Rolicza" znajduje się na cmentarzu w Wielączy)
2. w latach 1940 - 1944 Rotunda była miejscem kaźni ludności Zamojszczyzny. Hitlerowcy więzili tu, zamordowali wiele tysięcy osób; obecnie Mauzoleum Martyrologii Zamojszczyzny.
3. określenie to dotyczy mieszkańców Zamojszczyzny, zwłaszcza dzieci, których podczas II wojny światowej objęto przymusowymi wysiedleniami, w celu założenia na opuszczonym terenie nowych osad niemieckich; bowiem w myśl rozporządzeń reichsfuhrera SS, Heinricha Himmlera, Zamojszczyzna została uznana za pierwszy niemiecki teren osiedleńczy w Generalnej Guberni.
4. powstała w lutym 1940 w Warszawie, w maju tegoż roku została przeniesiona do Krakowa. Działała za zgodą władz Generalnego Gubernatorstwa. Powstanie RGO związane było, w dużej mierze, z pomocą zaoferowaną przez amerykańską komisję H.C. Hoovera. Organizatorem i pierwszym prezesem RGO był A. Ronikier, następnie z końcem 1943 K. Tchórznicki. Po ustaniu pomocy amerykańskiej Rada pozyskiwała środki finansowe i materialne z ofiar społeczeństwa, dotacji rządu polskiego na emigracji i "rządu" GG. wg. http://portalwiedzy.onet.pl/46530,,,,rada_glowna_opiekuncza,haslo.html