Strona Główna



ALFONS BERLIN

Cud ocalenia - moje dziecięce przeżycia wojenne


Pamiętam wojnę, byłem świadkiem walk na bagnety naszych żołnierzy z Niemcami w 1939 w pobliżu mojej rodzinnej wioski Wolicy Śniatyckiej niedaleko Komarowa, miałem wtedy 10 lat. Los doświadczył mnie szczególnie, jako dziecko widziałem okrucieństwo i tragizm wojny, to okrucieństwo dane mi było z najbliższymi przeżyć... jak mówi moja żona Aleksandra w nocy by nie słyszeć moich nocnych krzyków podczas snu - "Boże, co oni z nami robią", "Boże ratuj mnie","Jezu co z nami będzie", itp. śpi z zatyczkami w uszach. Jest to dla mnie bardzo trudne i tragiczne, ale pozwoliłem sobie niektóre straszliwe chwile z mojego życia odsłonić...
Po, co chociażby po to by ci którzy obwiniają Dzieci Zamojszczyzny, o niesłuszne pobieranie rent, wiedzieli że tak było, byłem skazańcem, więźniem... Pragnę, opowiedzieć o wysiedleniu mojej Rodziny, a właściwie o następstwach tego dramatu , który dotknął 450 - ciu moich współmieszkańców. Pod koniec 1942 roku byłem już na tyle duży miałem 13 lat, a wojna przyśpieszyła moją "dorosłość", wiele spraw pomimo, że dorośli starali bym o tym nie wiedział docierało do mnie. Wiedziałem kto to jest "swój" i "obcy" jak szybko ukryć się, nie wiedzieć jak kto się nazywa, unikać Niemców i "własowców". mówiono o okrucieństwie i zbrodniach Niemców, likwidacji Żydów, bandytyzmie, karach za nie oddanie kontyngentu, więzieniach i o tym co się tam dzieje z aresztowanymi. Coraz częściej w domu, wśród rówieśników słyszałem słowa "wysiedlenie" , "wysiedleńcy" ale to było takie dalekie, zresztą mieszkaliśmy daleko od szosy, na wsi czasem pojawili się żandarmi, a na targ do Komarowa chodzili albo jeździli furmanką Rodzice.
Chyba od października 1942 roku w stodole stał wóz drabiniasty taki którym zwożono siano, słomę, snopki, wypełniony sianem w którym leżały worki ze zbożem i ziemniakami, trochę starych ubrań i okryć. Gdy pytaliśmy starszych czy gdzieś pojedziemy zbywali nasze pytania albo mówili "lepiej nie idźcie do stodoły". Po latach zrozumiałem, że to były przygotowania do ucieczki przed słowem "wysiedlenie" tylko kiedy , dokąd na te pytania nikt nie potrafił odpowiedzieć. Z wozu nigdy nie skorzystaliśmy, a to za przyczyną szwagra Ojca który twierdził, że oni do lasu nie wejdą bo się boją, budynki nasze stały przy lesie. Stało się inaczej to nie Niemcy a "własowcy" czyli ruscy na służbie niemieckiej właśnie od strony lasu otoczyli wieś byliśmy w kotle, a wujek ukrył się w budynkach i jego nie złapali. Ufność w słowa szwagra niestety zgubiła naszą Rodzinę. Raniutko przed świtem 14 grudnia 1942 roku moja rodzinna wioska Wolica Śniatycka została wysiedlona, popędzono nas jak stado bydła na punkt zbiorczy. Tu oddzielono mężczyzn, podjechały furmanki, było zimno...
Zobaczyłem wroga, byli to ludzie umundurowani z bronią, oczyma dziecka zapamiętałem ich twarze okrutne, chłodne prawie zwierzęce spojrzenia, byli gotowi do bicia, zadawania bólu, strzelania do ludzi, zwierząt, zabijania. W mojej pamięci pozostało echo strzałów, wrzaski, przekleństwa, przenikliwe zimno, strach, lament i płacz dzieci, kobiet nawet mężczyzn oraz znikające w dali zabudowania mojej wioski. Przez Komarów, mimo wiatru i mrozu, powieziono furmankami nas do obozu w Zamościu. Znalazłem się w obcym miejscu, wśród nieznanych mi ludzi, wszędzie brud, wszy, brak wody, jadła tylko Matka starała się o to aby nasza czwórka była przy niej. Straszna była noc, szczególnie pierwsza w baraku, który miał dać schronienie dla 1500 ludzi, wkoło groźni Niemcy, w oczach wielu groza, przerażenie nawet obłęd. My dzieci, niewiele jeszcze z tego co nas spotkało rozumiałyśmy. Rano po prawie nieprzespanej nocy zziębnięci, głodni, spożyliśmy śniadanie z zabranych z domu zapasów. Ranek w pełni uświadomi! nam gdzie byliśmy - to był obóz, każdy zadawał sobie pytanie co ze mną, z nami będzie.
Do baraku weszło kilku Niemców, wniesiono stół i krzesła, padła komenda "Wczoraj przywiezieni ustawić się". Spisywano nas rodzinami, jeden z Niemców dokładnie każdego oglądał, dotykał, pytał, coś mówił do piszącego. Później dowiedziałem się, że to był lekarz, w tym momencie zapadła ostateczna i nieodwracalna decyzja o dalszym naszym (moim) losie. Były tylko dwie możliwości: na roboty albo zniemczenie do Rzeszy, do obozu zagłady (Majdanek, Oświęcim, Sobibór). W tym miejscu ostatecznie następował oddzielenie dzieci od matek (mężczyzn oddzielano zaraz po wysiedleniu - byli w obozie na "polu męskim"). Działy się przy tym sceny trudne do opisania, były to chwile straszne, bicie, szamotanie, krzyki, ale skutek był jeden dzieci były siłą zabierane. Gdy stanęliśmy naszą czwórką wraz z Matką przed Niemcami, po dokładnym obejrzeniu nas zostaliśmy razem do nas dołączono staruszka, miał 80 - siąt lat,, nazywaliśmy go "dziadkiem".
Byłem więźniem, niewolnikiem XX - go wieku o moim i bliskich losie decydował obcy człowiek najeźdźca, byłem na targ niewolników. Zapadła decyzja niemieckiego "eksperta" zostajemy z Matką (podobno zostawiono dzieci przy matkach gdy było ich czworo lub więcej. Na razie byliśmy razem, ale jaka była prawda dowiedzieliśmy się podczas transportu kolejowego -wydano na nas wyrok śmierci byliśmy wpisani na listę obozu w Oświęcimiu. Byłem świadkiem zbrodni zabójstwa małej dziewczynki miała może trzy lata, gdy Niemiec polecił matce oddać dziecko, odmówiła, broniła je, przyciskając do siebie. Drugi Niemiec uderzył matkę w głowę, straciła na moment świadomość, po chwili wyrwała dziecko z rąk oprawców, jeden z nich chwycił maleństwo i z całą siłą uderzył nim o ścianę. Po raz pierwszy widziałem śmierć z ręki kata, ten obraz mam teraz przed oczyma. Nikt ze świadków tej zbrodni w obawie o swój los me zareagował, nikt nic nie mówił, płakała tylko i rzuciła się ratować swoje dziecko. Po chwili zrozumiała co się stało, zaczęła szlochać i przeklinać mordercę, który kilkoma kopniakami "uspokoił" nieszczęsną matkę.
Nie wiedzieliśmy co z nami będzie, co nas czeka, a każdego dnia przygotowywano nowe transporty, wywołani z baraku już nie wracali, to było straszne jeszcze dzisiaj trudne do opowiedzenia. Za najmniejsze złamanie rygoru obozowego (przejście do innego baraku, głośne rozmowy, modlitwy, posiadanie różańca) bito, kierowano do karceru, skąd nikt żywy nie wracał. Strażnicy obozowi byli groźni, stale pijani, szukali nowych ofiar, strzelali bez ostrzeżenia, próba ucieczki karana była śmiercią, resztę załatwiał strach i obawa o siebie oraz najbliższych. Pamiętam jak Niemiec przypędził jakiegoś mężczyznę z miasta gdzie go poznał że jest uciekinierem z obozu, wywołał z baraku żonę z dziećmi i na ich oczach zastrzelił go, jak powiedział "by nie uciekali inni". Codziennie kompletowano i wysyłano nowe transporty ludzi (800 do 1000 osób), my czekaliśmy w tym piekle, stale zziębnięci, głodni, brudni, ciągle walczący z wszami i gnidami około miesiąca. W połowie stycznia 1943 roku powiedziano "Matce", że jutro będziemy wywiezieni, gdzie i po co nikt nie wiedział. Znowu była to noc podobna a może gorsza od pierwszej w obozie, płacz, lament, przeklinanie Niemców, słyszałem słowa modlitwy, ludzie czuli, że ich los jest zagrożony ale prawdę znali tylko Niemcy.
Rano termometr wskazywał -42 stopnie mrozu, wypędzono nas z baraku, każdy jak mógł opatulił się przed przenikliwym zimnem, w kolumnie otoczonej strażnikami z psami popędzono nas na stację kolejową w Zamościu. Nasze bagaże polecono załadować do wagonu towarowego, mieliśmy je odebrać po dojechaniu transportu do celu. Nas zapędzono do wagonu osobowego /to chyba uratowało nas od śmierci z zimna, w przedziale upchnięto naszą Rodzinę /brat i dwie siostry/, "dziadka" , czworo innych osób oraz Księdza.
Słowo Ksiądz piszę z dużej litery bo to właśnie Jemu uważam zawdzięczamy życie, ale o tym później. Na każdy przedział dano dwa bochenki chleba oraz każdy mógł wypić kubek czarnej niesłodzonej lurowatej, zimnej kawy. Po dość długim załadunku dokładnym sprawdzeniu ilości więźniów wydano zakazy otwierania okien i drzwi, wychodzenia z przedziałów, wychodzenia do ubikacji tylko za pozwoleniem ochrony, wyrzucania kartek, ltp. pociąg ruszył. Przyznam, że dla mnie i mojego rodzeństwa było to coś nowego - nigdy czymś takim nie jechałem, tyle, że byłem tu w roli więźnia , osoby skazanej, za co tego nie wiedziałem. Szybko zapadła noc, a pociąg jechał nigdzie nie zatrzymując się, szyby zamarzły, znający teren Ksiądz mówił, że jedziemy na północ w kierunku Lublina - to wzbudziło obawy celu ":podróży" - może to być Majdanek. Niebawem, że przez Lublin przejechaliśmy, a my zmęczeni, zziębnięci usnęliśmy, nad ranem byliśmy w Warszawie, pociąg zatrzymał się, ale ochrona zabroniła nam wychodzić z przedziałów, zakazano zbliżania się do transportu kolejarzom, mówiąc, że wiozą chorych na tyfus. Ksiądz uchylił drzwi przedziału. Pojawiła się w nas nadzieja, że będziemy uratowani, na pewno wiozą nas na roboty do Niemiec. Obserwowałem twarz Księdza, gdy ucho przyłożył do uchylonych drzwi przedziału, na korytarzu trwała rozmowa Niemców - On słuchał i jego twarz stawała się coraz bielsza, blada, w oczach zobaczyłem łzy, trwało to krótko, domknął drzwi.
Ksiądz po chwili zaczął się cichutko modlić, oczy miał zamknięte, słowa modlitwy urywały się On płakał. Matka zapytała "Co się stało, Księże?". Ksiądz przerwał modlitwę , głęboko westchnął, po chwili powiedział, znam prawdę , znam język niemiecki, przed chwilą słyszałem ich rozmowę - oni wiozą nas na śmierć do Oświęcimia, wiozą przez Warszawę bo tory z Zamościa na Kraków są bardzo zajęte transportami na front wschodni". W przedziale zrobiło się cicho, słyszałem tylko bicie serca, krew uderzyła mi do głowy. Matka przytuliła nas do siebie, każde z nas wiedziało co nas czeka, tylko jak i kiedy. Siedzieliśmy bez słowa i ruchu, nagle pociąg ruszył, wtedy Ksiądz powiedział "tylko w Bogu nadzieja, módlmy się". Modlitwę rozpoczął Ksiądz, przyłączyli się dorośli, a. my dzieci na ile potrafiliśmy włączaliśmy się. Modliliśmy się początkowo po cichu, trochę nieśmiało, później mocno, coraz głośniej modlił się cały wagon. Ksiądz zanosił próśb}' do Boga o łaskę darowania nam życia, my prosiliśmy o to samo na miarę naszych dziecięcych umiejętności. Niemcy, próbowali przerwać modlitwę, stali się niespokojni, krzyczeli, biegali, co dziwne nie bili, nagle pociąg zatrzymał się gwałtownie, coś się stało. Chaos, bieganina, wrzaski i komendy Niemców, to do nas nie docierało trwaliśmy na modlitwie do której mocno zachęcał Ksiądz. Po chyba godzinie postoju w szczerym polu zasypanym bielącym, się śniegiem pociąg szarpnął raz, drugi i co dziwne wolno ruszył do tyłu.
Tak wolno dojechaliśmy do jakiejś małej stacji, było to podobno 60 km od Warszawy w kierunku na Radom, tu znów postój, ale Niemców me było widać. Kolejarze odwrócili parowóz znów zaczęliśmy jechać, ale wydawało się nam, że wracamy, pytanie gdzie, dlaczego - po jakimś czasie byliśmy w Warszawie, pociąg nie zatrzymał się, minęliśmy Wisłę, znów Ksiądz usłyszał od Niemców "do Lublina", czyli Majdanek. Powiedziałem to do Księdza, odpowiedział "obyś się synku mylił, ale oni chyba nie wiedzą co z nami mają zrobić, tam za Warszawą chyba ktoś uszkodził tory, proszę módlmy się". Znów cały wagon podjął gorącą modlitwę , Niemcy siedzieli w swoim przedziale już wtedy świadomość dziecka mówiła mi to nasza modlitwa szkodzi Niemcom. Nagle pociąg zahamował, coś się stało, bieganina Niemców, wrzaski, zamykanie drzwi, znów widzę strażników z bronią na zewnątrz, wkoło las i śnieg. Pociąg stoi, jest zimno, raptem pada komenda "wszyscy z wagonów" znów strach, płacz, a może tu w tym lesie nas wystrzelają ? Pędzą nas wzdłuż torów w kierunku parowozu, przed nim, wysadzony mostek, dalej stacja kolejowa. Tam stał drugi pociąg, do niego kazano nam wsiadać, bagaże zostały w "naszym" pociągu, nas nurtowało pytanie co dalej, głód dokuczał, chciało się pić i spać.
Dojechaliśmy do Pilawy, to duża stacja wkoło niej mrowie sań zaprzężonych w jednego konia z dwoma dyszlami. Stała się rzecz niebywała, komendant transportu oświadczył, że jesteśmy wolni, za chwilę stojące tu sanie zabiorą nas do swoich domów, co za radość nie mogłem uwierzyć "byłem wolny". TO BYŁ CUD,TO CUD MODLITWY SPRAWIŁ. TO KSIĄDZ NASZ KSIĄDZ SPRAWIŁ, ŻE TAK GORĄCE PROŚBY KIEROWANE DO BOGA, JEGO SYNA I MATKI PRZENAJŚWIĘTSZEJ ZOSTAŁY WYSŁUCHANE.

***

Matka wraz z "dziadkiem" torując nam drogę wśród sań i głębokiego śniegu ruszyli przed siebie. Stojący furman zacierając ręce i tupiący butami powiedział "siadajcie" - sanie były małe, było ciasno ruszyliśmy jeszcze do końca nie wierząc temu co się stało - byliśmy wolni. Ksiądz gdzieś się zawieruszył. Chłop powiedział, że oni tu czekają od kilku godzin bo ich wypędzono na "forszpant", czekali na pociąg od Lublina chyba z dziećmi. To, że nas wiezie to podobno zasługa partyzantki AK - wskiej tej nocy wysadziła ona wkoło Warszawy wiele takich, mostków, aby utrudnić transport na front wschodni, to was uratowało. Powiedział, że jedziemy do wsi odległej o 3 km od Pilawy.
Gospodarz po przyjeździe do domu, oddał nam mały pokoik, bez niczego, powiedział aby Matka przyniosła słomy w snopkach ze stodoły na spanie, dostaliśmy jakieś łachmany do okrycia się, spaliśmy w tym co mieliśmy, nasze rzeczy przepadły. Zima była ciężka, mroźna, śniegu po pas, a my me mieliśmy zupełnie nic, a więc łyżki, kubka, miski, garnka, po opał chodziliśmy na łąki szukać suchych gałęzi z wierzb. Nawet o umyciu się nie było mowy, bo w czym i czym - jak nie było mydła. Dostaliśmy od sołtysa kartki na chleb, po który obaj z bratem chodziliśmy do piekarni w Pilawie. W czasie naszych wędrówek po chleb, jak to dzieci szukaliśmy przygód, były to skute lodem stawy, gdzie na butach ślizgaliśmy się. Na brzegach i w lodzie rosły patyki rogozmy, nałamaliśmy jej z myślą o paleniu w piecu. Matka gdy zobaczyła rogozmę wypytała nas czy jest jej dużo, czy tam trafimy, tylko ostrożnie by lód nie popękał kazała nam wycinać te patyki, dużo jak tylko mogliśmy.
Z tych patyków plotła koszyki, które nas uratowały przed głodem, mieszkańcy dawali nam za to słoninę, mąkę, smalec - to była nadzieja, że Matka będzie nas w stanie utrzymać przy życiu. Po jakimś czasie zaczęli do Pilawy docierać ludzie z Zamojszczyzny w poszukiwaniu swoich bliskich, a więc "dziadek" pomimo swoich 80-ciu lat zdecydował się pojechać w nasze strony. Przyjechał za kilka dni, że do domu nie możemy wrócić bo tam są nasiedleni. Znowu Matka wzięła sprawy w swoje ręce, mówiąc, że pojedziemy do Rakówki koło Hrubieszowa, tam mieszkał wujek Semczuk. On nam na pewno nie odmówi pomocy. Jakoś udało się nam dojechać, chociaż w Dęblinie, Lublinie żandarmi mocno krzyczeć. Nie chcieliśmy wejść do domu wujka bo byliśmy okropnie brudni, chodziły po nas wszy - nie myliśmy się ani zmienialiśmy odzieży od wysiedlenia, a więc prawie dwa miesiące. Ciocia każdemu wyniosła jakąś odzież przed dom, było to pierwsza kąpiel, pierwszy normalny posiłek oraz pierwszy od wielu dni, nocy - sen. Okazało się, że rodzina już zamówiła Mszę Święta za nas zmarłych, bo wiedzieli o naszym transporcie do Oświęcimia. Wojna to rzecz straszna, los człowieka wypędzonego z domu jest trudny do opisania, ale Matka jej mądrość i zaradność życiowa, zapobiegliwość połączone z mocą wiarą w Boga, ufna modlitwa oddanie Bogu sprawiły cud, którego byłem uczestnikiem i świadkiem.

***

Losy mojego ojca

Na miejscu zbiórki wysiedlonych, padła komenda -"wszyscy mężczyźni od lat 16 do 60-ciu na czoło kolumny," tam odszedł Ojciec. Podjechały furmanki na które nas załadowano - tam gdzie byli mężczyźni na każdej siedział uzbrojony strażnik. Po drodze żaden z mężczyzn nie uciekł, bo bali się o los swoich najbliższych - tak dojechaliśmy do obozu w Zamościu. Nasi Ojcowie i Bracia trafili do baraku nr 17-cie. Codziennie widzieliśmy się przez druty, ale strach przed karą, zastrzeleniem był tak duży, że ani Matka, ani Ojciec wzajemnie się nie odwiedzali(chociaż były takie przypadki), częściej robiły to dzieci. Za odwiedzanie Rodzin, po 2-ch tygodniach najpierw kilku mężczyzn skierowano do karceru wewnątrz obozu, a za kilka dni popędzono ich na Rotundę, żaden nie wrócił. Rotunda - skład broni i amunicji gdy Zamość był twierdzą, otoczoną bagnami, w mej Niemcy utworzyli obóz zagłady. Czas upływał, była sroga i śnieżna zima, coraz więcej przybywało do obozu wysiedlonych, oraz gdzieś tych ludzi wywożono. Po ośmiu tygodniach Ojciec został wyznaczony do transportu pod strażą "własowców" tj. byłych żołnierzy Armii Czerwonej na służbie niemieckiej popędzono ich w grupie około 800 osób na stację kolejową w Zamościu. Tu załadowano część do wagonów towarowych, pozostałych do osobnych - tu trafił Ojciec.
Oznajmiono im, że jadą na roboty do Rzeszy, a ich najbliżsi niebawem tam dojadą, oni muszą wcześniej przygotować im warunki do życia. W obozie Ojciec, znając okoliczne wioski wokół Zamościa wiedział, że wszystkie wysiedlono. Już podczas marszu na stację kolejową Ojciec zaczął pytać kto jest z tych stron - okazało się, że są czterej z okolic Zawady, tj. wioska i ważna stacja kolejowa na zachód od Zamościa. Zapytał czy mają jakieś pieniądze, bo On miał, trafił dobrze, mieli. Zaproponował by się starali trzymać razem przy załadunku do wagonów. Załadunek trwał dość długo, prawie do wieczora od południa.
Ojciec znał trochę rosyjski, nawiązał rozmowę ze strażnikiem, zapytał czy nie wie jak daleko ich wiozą i czy oni będą z nami jechać. Rosjanin odpowiedział że nie wie jak daleko jedziemy, a oni mają nas odwieźć do Lublina. Zrobiło się Ojcu gorąco, bo Lublin to Majdanek. Zaproponował strażnikom, że jest ich pięciu, oni niechcą jechać na roboty, mają trochę pieniędzy, dadzą mu za uwolnienie. Strażnik odszedł po chwili wrócił mówiąc, że jeżeli to tylko przed Zawadą trzeba uciekać bo najczęściej tam wsiadają Niemcy i o ucieczce nie ma mowy, a jego wagon nie był liczony. Szybko, zebrali pieniądze, Rosjanin je wziął przeliczył, mówiąc, że to mało, powiedzieliśmy że to wszystko co mamy-, warknął - "no ładno" Pociąg jechał dość szybko, ale przed mijanką stacji Zawada na łuku znacznie zwolnił wtedy strażnik krzyknął "uchodite". Skakaliśmy tuż przy torze w śnieg a pociąg wolno pojechał przed siebie.
Był wolny, ale co zrobić dalej. Po chwili zebraliśmy się cała piątka każdy rozcierał stłuczenia, a mróz i głód przypominały że trzeba dalej coś dalej ze sobą zrobić. Raptem dwóch mówi że oni są prawie w domu, bo mieszkają "o tam za stacją", której światła byty dobrze widoczne - pod lasem, bez słowa ruszyli przez zwały śniegu przed siebie. Pozostali dwaj, po chwili rozmowy, a właściwie kłótni o dalszą swoją drogę ruszyli torem w ślad za pociągiem. Co miał robić dwaj pierwsi byli już daleko, iść po ich śladach, po co, dokąd? Zdecydował się iść za drugą dwójką, ale oni już byli na szosie - wkoło cisza, pusto, noc.
Zauważył przy torze, coś co przypominało budkę dróżnika kolejowego w oknie światło, śnieg skrzypi, mróz, nagle szczekanie psa, jest blisko, tak to budka kolejowa, ktoś uchyla drzwi, uspokaja psa - mówi po polsku, decyduję idę , wola Boża. Podchodzi pies warczy, wychodzi kolejarz z kijem w ręku, zauważył mnie, kto tam, pyta, mówię, że chcę wejść bo jest mi zimno, pyta czy nie mam broni, skąd jestem, wreszcie woła - wejdź. Krótko opowiada, skąd jest, czemu tu szuka pomocy, grzeję skostniałe dłonie przy piecyku kolejarz mówi, że tu nie może zostać bo nic nie wiadomo, głośno myśląc nie radzi próbować wracać w rodzinne strony, bo okolice Zamościa są pełne Niemców. Niedaleko jest lotnisko w Mokrym, tam zbierają "czarnych" do osiedleń, w Szkole Rolniczej jest szkoła podoficerska SS, w każdej wiosce, żandarmi i uzbrojeni "czarni." Po chwili dzwoni na budkę dróżnika przy przejeździe kolejowym na stację i mówi kogo ma u siebie i czy u nich spokojnie. Tamten mówi, że przyszła tu jakaś dwójka którzy są "od kościoła" opowiadają że uciekli z transportu. Mój kolejarz, prosi by tamci poczekali na mnie. Mnie karze iść szybko szosą - jakby jechał samochód to kłaść się w śnieg. Doszedł. Tamci czekali, już wiedzieli co mamy robić, zeszliśmy z szosy na ścieżkę którą doszliśmy do jakiś zabudowań to był chyba folwark. Któryś z przewodników zauważył dym z komina małego budynku, tam weszli.
To była kuchnia w której młody chłopak około 20 lat parował kartofle dla świń oraz tu mieszkał. Jeden z towarzyszy powiedział "nie bój się my od Bronka" to podziałało, chłopak kazał nam wejść, zamknąć drzwi bo był mróz i czekać on wyjdzie i postara się szybko wrócić. Po jego wyjściu Ojciec powiedział -ja uciekam - bo licho wie gdzie on poszedł ale zanim to zrobił usłyszeliśmy że ktoś idzie, bo śnieg skrzypiał. Weszło dwóch, ten co przed chwilą wyszedł i ktoś nowy, ale po jego zachowaniu dało się zauważyć że tu mieszka, czuj się pewnie ma coś w sobie jakby tu był szefem, mówił po polsku. Wypytał każdego z osobna skąd pochodzi, jak Ui się znalazł, co ma zamiar robić. Ojciec powiedział, że chce wrócić w swoje strony a tam zobaczy co dalej, tamci byli "od Kościoła" więc chcieli tam iść. Mężczyzna powiedział, jesteście brudni i zawszeni, wy obaj rano pojedziecie na kwatery, powiezie was furman saniami, który wozi siano. Janek, tak chyba zwrócił się do chłopaka idź zaraz do magazynu i przynieś dla niego mundur (Ojca), a on niech zagrzeje wody umyje się, daj mu nożyczki i brzytwę niech wygląda jak człowiek. W trzech przynieśli ze studni wody (był środek nocy), rozpalili ogień, zrobiło się ciepło, były już gotowane dla świń kartofle a jak smakowały.
Ojciec rozebrał się, nalał wody do szaflika umył się, koledzy pomogli mu się ostrzyc, ogolił się ale wąsy zostawił, okrył kożuchem który wisiał na gwoździu, czekał na Janka, zadając sobie pytanie, co dalej. Wrócił Janek, rzucił tobołek, mówiąc, spalcie jego szmaty w parniku a ty się ubieraj, po chwili stał przed nimi sam siebie nie poznając był w kompletnym mundurze kolejarskim, trochę wytartym ale był kimś innym, nowym. Nasz gospodarz powiedział trochę się zdrzemnijcie tylko wy dwaj z dala od ubrań bo mi wszy zostawicie . rano tamci odjechali, nigdy ich Ojciec nie spotkał, jemu Janek przyniósł na śniadanie mleka i chleba, nakazał nigdzie nie wychodzić, czekać, ostrzegł że gdyby próbował zwiać to się może skończyć źle. Koło południa przyszedł ten co był w nocy, a z nim jeszcze dwóch młodych ludzi, rozpoczęli od nowa śledztwo robili to dokładnie zadawali wiele różnych pytań, żądali wyjaśnień.
Po może godzinie "szef powiedział, wysyłamy cię do Hrubieszowa, będziesz pomocnikiem, maszynisty, bo nie masz dokumentów, cały czas jesteś obserwowany gdyby ci się coś stało tu ciebie nigdy nie było, nikogo nie znasz, z nikim się nie kontaktuj, my ciebie znajdziemy pod Hrubieszowem w Rakówce. Na drugą noc Janek zaprowadził Ojca na stację w Zawadzie, po chwili wjechał pociąg ktoś wywołał z lokomotywy pomocnika mówiąc "idź do domu", polecił wsiadać, maszynista wyjaśnił o co chodzi - trzeba na jego polecenie wrzucać do paleniska węgiel. kazał ręce i twarz przybrudzić węglem, pociąg ruszył, szczęśliwie dojechali do celu. Ojciec podziękował ruszył do Rahkówki licząc na opiekę wujka Semczuka, tej mu nie odmówiono. Po jakimś czasie zrobił "lewe" dokumenty a nieco później byliśmy razem.




Strona Główna    Wspomnienia