Strona Główna



ROMUALD KOŁODZIEJCZYK

Roman i Stefania z Bielańskich Kołodziejczykowie


Roman Kołodziejczyk   Stefania z Bielańskich Kołodziejczykowa

Roman Kołodziejczyk urodził się 28 lutego 1904 r w Szczebrzeszynie. Jego przodkowie mieszkali tu od ponad 250 lat, a pewnie i dłużej, lecz niestety nie zachowały się z wcześniejszego okresu żadne dokumenty.
W roku 1915, po zajęciu przez Austriaków, otwarto w Szczebrzeszynie pierwszą od 63 lat szkołę. Roman rozpoczął w niej naukę mając 11 lat. Był harcerzem, czy jak wtedy mówiono skautem, w drużynie założonej i prowadzonej przez nauczycielkę panią Jadwigę Cybulską.
W roku 1920 Roman, zatajając swój młody wiek, zgłosił się wraz z kilkunastoma harcerzami i kolegami ze Szczebrzeszyna, do tworzonego w Zamościu przez mjr Jaworskiego II szwadronu "Jazdy Ochotniczej". Dr Klukowski wymienia ich nazwiska w swoich wspomnieniach zdeponowanych w KUL. Po przeszkoleniu szwadron wyruszył na front, i w niedługim czasie osiągnął Międzyrzecz Podlaski. Tam szwadron został rozwiązany. Starsi zostali wcieleni do regularnych oddziałów, a młodsi wrócili do szkoły. Na całe życie zostało Romanowi wspomnienie fatalnej aprowizacji. Kilka tygodni żywieni byli grochem często niedogotowanym.
Szkołę powszechną ukończył w roku 1922, i rozpoczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim w Szczebrzeszynie. Po zdaniu matury w roku 1927, i uzyskaniu prawa nauczania w szkolnictwie powszechnym, został skierowany do pracy nauczycielskiej we wsi Podzitwa w woj. Nowogródzkim, w powiecie Lida graniczącym z woj. Wileńskim. Uczył w szkole czteroklasowej, i był tam jedynym nauczycielem. Pierwszy rok, tak jak jego przyszła żona i wielu młodych ludzi, pracował za darmo jako dar dla odrodzonej Polski.
Wieś Podzitwa otoczona była bagnami tak, że choć np. do Lidy w linii prostej było 16 km, to, aby się do niej dostać, trzeba było jechać drogą okrężną. Najpierw 18 km drogą wiejską, piechotą lub furmanką, do miasteczka Raduń. Dalej 23 km autobusem do stacji kolejowej Bastuny. Razem więc do tej najbliżej położonej stacji kolejowe było 41 km. Z tej stacji jeździło się na zakupy lub "do kultury", do odległego o dziewięćdziesiąt kilometrów Wilna. Służbowo do inspektoratu, innego urzędu, lub do lekarza to, w przeciwnym kierunku, do odległej o 30 km Lidy.
Wilno to do dzisiaj piękne miasto, i mógłby z nim konkurować chyba tylko Kraków. Ale ile razy w roku można odbyć taką podróż? Co robić przez cały rok? Polować. W niedzielę wybrać się do kościoła do odległego o 18 km Radunia, bo bliżej były tylko cerkwie prawosławne. Organizować zabawy i jeździć po kuligach. A lubił się bawić i tańczyć do białego rana. Do dzisiaj panie, które go znały wspominają, że był znakomitym tancerzem. Na wszystkich zabawach był wodzirejem, przy czym świetnie prowadził tak walca jak i mazura czy poloneza. Jako wodzirej wystąpił tez w filmie "Kardiogram" nakręcanym w Szczebrzeszynie. Na zabawie jak i w życiu prywatnym nie pił alkoholu, i chyba nikt w całym jego długim życiu nie widział go podchmielonego. Za to do końca namiętnie palił papierosy.
Nauczyciele i administracja lokalna powiatu lidzkiego żyli i bawili się w swoim gronie, gdyż w zdecydowanej większości byli "obcymi" sprowadzeni z dawnej kongresówki i Galicji. Ludność miejscowa białoruska i litewska, wrogo nastawiona do polskiej szkoły, rywalizowała między sobą o przekształcenie jej w szkołą białoruską lub litewską. I o uczenie swoich dzieci mowy, literatury i historii ojczystej tj białoruskiej czy litewskiej, a nie obcej- polskiej. Odmowy posyłania dzieci, świadczeń na rzecz szkoły, nocne napady na szkołę były na porządku dziennym. Władze szkolne wyposażyły Romana w rewolwer.
Bieda była tam nieopisana, nawet oficjalnie nazywano te tereny Polską "C". Ludzie mieszkali często w kurnych chatach. Jedyny zarobek przynosiły ogromne zbiory grzybów, które po wysuszeniu sprzedawano za grosze przyjeżdżającym specjalnie po nie żydowskim kupcom. Pieniędzy otrzymanych za grzyby wystarczało tylko na sól. Jedzono to, co uboga ziemia urodziła, dał las, co wyhodowano, i co złowiono w jeziorach. Chodzono w tym, co utkano z lnu, wełny i w kożuchach. Na nogach noszono łapcie z łyka, zimą bogatsi buty z wyprawionej przez miejscowych skóry. Można sobie wyobrazić brud i zaduch w chatach, a także poziom higieny. Lekarzy zastępowali znachorzy i baby- szeptuchy.
Po drodze z Podzitwy do stacji kolejowej mijał Roman najpierw wieś Pielasy, gdzie znajdowała się cerkiew i parafia prawosławna, a następnie zaścianek szlachecki Pocieluńce. W tychże Pocieluńcach, jedynej wysepce polskości, uczyła Stefania Bielańska, przyszła żona Romana. Wzięli ślub 25.VIII.1929 r w Sokalu, rodzinnym mieście Stefanii. Dochowali się czworga dzieci: Romualda, Teresy, Elżbiety i Ireny.
Roman Kołodziejczyk był, jak ogromna większość mieszkańców Szczebrzeszyna, członkiem, a później i działaczem Narodowej Demokracji będącej w ostrej opozycji do rządzącego obozu Piłsudskiego. Nie patyczkowano się wtedy z opozycją. Starostowie mieli prawo zsyłać bez sądu przeciwników do obozu w Berezie Kartuskiej. Wielu opozycjonistów zostało aresztowanych, lub musiało uciekać za granicę. Na niższym szczeblu rugowano ich z pracy. W ten sposób i Romanowi na początku lat trzydziestych XX wieku cofnięto prawo nauczania. Kilka następnych lat pracował dorywczo, często społecznie, na kursach rolniczych organizowanych przez Kółka Rolnicze. Niestety niedługo odebrano prawo nauczania również jego żonie. Ponieważ nie mogli dostać pracy w żadnej instytucji państwowej kupili w roku 1934, od banku Rolnego w Zamościu, 18 hektarowe gospodarstwo rolne koło Szczebrzeszyna zwane "Szlakówką". Jako ciekawostkę można podać, że wg aktu kupna miejscowość, w której znajduje się "Szlakówka" nazywała się Starybród (nie Stary Bród).
Prowadząc gospodarstwo Roman i tutaj udzielał się społecznie m.in. organizując wraz z innymi Spółdzielnię Mleczarską w Szczebrzeszynie.
Już w październiku 1939 r, jak wspomina w swojej książce "Armia Krajowa na Zamojszczyźnie" Jerzy Jóźwiakowski, przystępuje Roman do tajnej organizacji niepodległościowej, która przekształciła się ZWZ a potem w Armię Krajową. W latach 80- tych i 90-tych ubiegłego wieku pełnił funkcję prezesa organizacji kombatanckiej w Szczebrzeszynie.
Tuż po wyzwoleniu przewodzi grupie działaczy, wśród których są, ks Kapalski, dr Klukowski, dr Jóźwiakowski, która przy poparciu burmistrza Przysady, rozpoczęła starania o wznowienie działalności Gimnazjum i Liceum w Szczebrzeszynie. W tymże Gimnazjum i Liceum przez następnych kilka lat był przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego.
Zostaje nauczycielem Zasadniczej Szkoły Zawodowej w Szczebrzeszynie. Jednak już w 1953r zwolniono go za przeszłość polityczną, wrogi stosunek do PZPR i ustroju, krytykę usunięcia religii ze szkół itp. Po tzw odwilży Gomułkowskiej Wojewódzka Komisja Weryfikacyjna przywraca go w lutym 1957r do pracy w szkolnictwie. Znowu jest nauczycielem ZSZ w Szczebrzeszynie skąd w roku 1964 odchodzi na emeryturę.
Na emeryturze dużo pracuje społecznie. Przewodniczy Kołu Absolwentów Seminarium Nauczycielskiego, organizuje wraz z kolegami zjazdy absolwentów, współtworzy książkę "Zakłady Kształcenia Nauczycieli i Ich Wychowankowie".
Niezwykłą popularność przynosi mu funkcja Prezesa Klubu Seniora przy Miejskim Domu Kultury. Tak wspomina b. Dyr. Liceum Aleksander Przysada: "Niemalże wizytówką działalności Klubu był jego pierwszy prezes, Roman Kołodziejczyk - emerytowany nauczyciel, którego energia i zaangażowanie stały się motorem działania Klubu. Z jego inicjatywy Klub Seniora nawiązał współpracę z podobnymi klubami z Tarnogrodu, Józefowa, Krasnobrodu, Zwierzyńca, Krasnegostawu i Zamościa. Owocem tych kontaktów, były wspólne imprezy wypełniające wolny czas emerytów. Wspaniałym przedsięwzięciem okazały się Bale Seniora. Na taki bal- w umówionym miejscu- stawiają się członkowie zaprzyjaźnionych klubów. Często liczba uczestników balu sięga 150 osób. Panowie w odświętnych garniturach, a panie w pięknych kreacjach świetnie się bawią, często wspominając swoje młode lata. Suto i pięknie zastawiane stoły- organizujący bal seniorzy wprost się prześcigają w pomysłach nad zestawem menu, aby jak najokazalej przyjąć swoich gości.
Po szesnastu latach prezesowania odszedł na wieczny odpoczynek Roman Kołodziejczyk. Dotąd wszystkim w Klubie brakuje wspaniałego humoru prezesa i wygłaszanych przez niego patriotycznych piosenek i wierszy". Zmarł 29.11.1995 r w wieku prawie 92 lat.

***

Stefania Kołodziejczyk z domu Bielańska urodziła się 14.10.1906 r w Sokalu w rodzinie pracowników wymiaru sprawiedliwości. Ojciec kierownik sekretariatu sądu, jeden wujek adwokat, drugi sędzia. W zaborze austriackim, do którego Sokal należał, polskie szkolnictwo było dobrze rozwinięte, dlatego odsetek ludzi wykształconych był tam znaczny. Odwrotnie niż w zaborze rosyjskim, gdzie szczątkowe szkolnictwo istniało tylko w dużych miastach, a np. w Szczebrzeszynie z powodu braku szkół panował powszechny analfabetyzm.
Stefania rozpoczęła naukę w szkole podstawowej sióstr Felicjanek, jednak wybuch pierwszej wojny światowej ją przerwał.
Przeżyła w tych czasach tragiczny los Sokala, kiedy to przechodził on kilkukrotnie z rąk do rąk. Już w pierwszych dniach wojny wojska austriackie dwukrotnie opuszczały Sokal pod naporem rosyjskim i dwa razy wracały, aby wreszcie opuścić go na dłużej. Odbywało się to z huraganowym ostrzałem artyleryjskim, przed którym chowano się w piwnicach, i zaciętymi walkami. A także grabieżami i mordami straszliwych Kozaków.
Wspominała często pobyt Moskali, jak wtedy i dzisiaj na tych terenach nazywa się Rosjan. Dla Moskali, dziczy w porównaniu do dotychczas panujących tam stosunków cywilizacyjnych, Sokal był już wrogą Austrią, a więc terenem zdobycznym, na którym można było zacząć rabunek, i stworzyć okupacyjny reżim. Nie wiedzieli, a pewnie i nie chcieli wiedzieć, że w Galicji rządzili Polacy w tym także, w Sokalu, gdzie w tym czasie starostą był Polak Władysław Korostkiewicz a burmistrzem Eugeniusz Wysoczański. Polski w pojęciu elit rosyjskich nie było- był tylko jakiś Kraj Priwiślański. A "sałdaty" w 100 % analfabeci spędzeni do wojska z całej przestrzeni "matuszki Rassyji" od Władywostoku przez Azję, od "głubinki" Syberii do Petersburga, myśleli tylko o rabunku i wódce.
Naukę mogła Stefania kontynuować dopiero po wojnie. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczęła naukę w Prywatnym Żeńskim Seminarium Nauczycielskim w Sokalu. Po jego ukończeniu została zatrudniona w powiecie Lida, w zaścianku szlacheckim o oficjalnej nazwie Pocieluńce. Nazwę tą miejscowi wymawiali z wileńska- białorusko: Pacjeuńce, a więc pocałunki czy całusy. Zaścianek posiadał 7 klasową szkołę powszechną.
W roku 1929 wyszła za mąż za Romana Kołodziejczyka. Od roku 1934 obydwoje prowadzili gospodarstwo rolne zwane w Szczebrzeszynie powszechnie "Szlakówką". Po zakończeniu drugiej wojny światowej powróciła do zawodu nauczycielskiego ucząc w szkole podstawowej w Brodach Dużych. Niezmiernie pracowita, łączyła pracę zawodową z prowadzeniem znacznie zmniejszonego w powojennych latach gospodarstwa, i wychowaniem czworga dzieci. Zdobycie przez dzieci wyższego wykształcenia, i gromada wnucząt, były największym jej szczęściem. Zmarła 18.03.1989r w wieku 82 lat.




Strona Główna    Wspomnienia