Strona Główna



ROMUALD KOŁODZIEJCZYK

Jan Józef Lotz


Mieszkałem z rodzicami na "Szlakówce" Jak w każdym domu tak i u nas paliło się w piecach drzewem- o węglu przed wojną nie było mowy. W nadleśnictwie Kosobudy ojciec kupował asygnatę na kilka "fesmetrów" drzewa różnych gatunków, w tym bukowego, które było bardzo wydajne, i najlepsze do palenia w piecach ogrzewających pomieszczenia. Potem z gajowym z gajówki "Krzywe" Janem Józefem Lotzem, uzgadniał dzień, i miejsce odbioru drzewa. Stąd nawiązała się znajomość, która pogłębiła się, gdy Lotz podczas wyjazdów do Szczebrzeszyna zostawiał u nas konia z furmanką, i dalej szedł pieszo. Z czasem wytworzyła się pomiędzy naszymi rodzinami przyjaźń.



Od lewej Jan Józef Lotz i Roman Kołodziejczyk.

Utrwaliła się w roku 1939 kiedy, przed przyjściem do Szczebrzeszyna Niemców, całą rodziną przeprowadziliśmy się na prawie dwa tygodnie do państwa Lotzów, do gajówki Krzywe. U drugiego gajowego mieszkającego w tejże gajówce, Kawki, przebywali w tym czasie państwo Waligórowie. Później jeszcze kilkakrotnie tam "uciekaliśmy" Podczas wysiedlania Szczebrzeszyna, walki stoczonej koło "Szlakówki" z własowcami przy odbijaniu więźniów prowadzonych ze stacji kolejowej, podczas przechodzenia frontu w 1944 r. itp.
Gajówka położona w głębi lasów ordynackich, dzisiaj w sercu Roztoczańskiego Parku Narodowego, była najlepszym schronieniem. Składała się z budynku mieszkalnego dla dwu gajowych, oraz budynków inwentarskich. Każdy gajowy posiadał także tzw osadę, czyli kilka morgów pola przyległych do gajówki.
Budynek mieszkalny był typowym budynkiem wznoszonym przez administrację Ordynacji Zamojskiej dla swoich funkcjonariuszy, począwszy od gajowego przez szlakowego, aż do dworu dla dzierżawcy folwarku. Z przodu ganek, z tyłu wyjście na podwórze. Różniły się one tylko wielkością, materiałem, z którego były zbudowane, a także ilością użytkowników.



Widok dawnego dworku ordynackiego. Ze zbiorów dr Andrzeja Jóźwiakowskiego.

Dwór dla dzierżawcy folwarku był murowany, miał wewnątrz sień na przestrzał, cztery duże pomieszczenia po dwa z każdej strony sieni, dobudowaną kuchnię, i był zamieszkały przez jedną rodzinę.
Szlakówka, wybudowanaw pierwszej połowie XIX wieku, murowana, o wyglądzie zewnętrznym takim samym jak dwór dzierżawcy folwarku, była krótsza od dworu około dwu metrów z każdej ze stron. Zamieszkiwało ją dwu szlakowych, z których każdy posiadał połowę tego, co dzierżawca folwarku- dwa pomieszczenia (pokój i kuchnię), komorę, i osobne wyjście do zabudowań gospodarczych. Wejście oficjalne przez ganek, rzadko używane, i przynależny do niego przedpokój jako pomieszczenie dla zostawiania wierzchniej odzieży, były dla szlakowych wspólne. Być może szlakówka, dlatego przypominała dwór, że szlakowymi, do których właściciel lasów musiał mieć zaufanie gdyż pilnowali oni legalności drzewa wywożonego z lasów, mogli być jacyś zubożali przedstawiciele "klasy wyższej" Potwierdza taką tezę również rozkład ziemi wokół Szlakówki wskazujący, że nie posiadali oni osady, i nie zajmowali się rolnictwem na swoje potrzeby tak jak gajowi.
Identyczny rozkład pomieszczeń jak "Szlakówka" miała również gajówka. Też oficjalne wejście przez ganek ze wspólnym przedpokojem, i osobnymi wyjściami na podwórze, dwoma pomieszczeniami i spiżarnią dla każdego z dwu gajowych. O ile jednak "Szlakówka", i dwór dzierżawcy były murowane to gajówka była dużo skromniejsza, drewniana, o mniejszej powierzchni i gorszym standardzie. Taka właśnie była gajówka zamieszkana przez dwu gajowych; Lotza i Kawkę. Zwana od setek lat we wszystkich dokumentach Ordynacji Zamojskiej, jak i przez ludność: "Krzywe" Ostatnio dla kilku rosnących tam dębów (nie takich znowu starych) jakiś biurokrata zmienił nazwę gajówki z "Krzywe" na "Dębowiec" Doprawdy dziwna mania zmieniania starych, historycznych nazw zapanowała w Polsce.
Gajowy Jan Józef Lotz używał na co dzień, ale także służbowo, imienia Józef, aby nie mylić go z dwoma bratankami- jednym Janem, i drugim Janem Zdzisławem. Pierwszy, ojciec pani Marii Loc - Oczkoś, zwany przez rodzinę Jankiem mieszkał w Michalowie, i był przed wojną kierowcą hr. Zamoyskiego. Odbywał przed 1939 r. służbę wojskową w jedynej polskiej dywizji zmotoryzowanej wyposażonej w małe tankietki. Zapamiętałem go ubranego w czarne skórzane spodnie i taką kurtkę- mundur czołgistów, i czarny beret ze srebrnym orzełkiem na głowie. Drugi zwany przez rodzinę Zdziśkiem był leśniczym w Zwierzyńcu, a potem przez wiele lat nadleśniczym w Kosobudach.
Józef Lotz był prawnukiem sprowadzonego przez Ordynację Zamojską z Kurlandii leśnika. Był gorącym patriotą, który pomimo szykan gestapo nie podpisał volkslisty. Nie podpisał jej żaden członkowie rodziny, a jednego z braci Józefa, który mieszkał w Zamchu, zesłano za to na Majdanek. Widziałem go po powrocie z tego obozu- został cień człowieka.
W gajówce spotykali się , i często stacjonowali, dowódcy dywersji, a nieraz i całe oddziały partyzanckie. Widziałem tam nawet legendarnego Miszkę Tatara. Kilometr od gajówki Krzywe w uroczysku Mokra Debra miał swą siedzibę oddział ppor Stefana Poździka- "Wrzosa", który był stałym gościem gajowych, i przez których szło prawie całe zaopatrzenie oddziału.
Józef Lotz przepracował w leśnictwie jako gajowy, (gajowy odpowiadał rangą dzisiejszemu leśniczemu, i był podporządkowany bezpośrednio nadleśniczemu) około 60 lat. Mieszkał zawsze w tej samej gajówce. Stanowczy, przez niektórych, szczególnie panie, posądzany przez to o despotyzm, ale grzeczny, uczynny, wzbudzający od razu sympatię. Wysoki, atletycznie zbudowany, bez gama tłuszczu, od wczesnych lat zupełnie siwy. Niezmiernie pracowity i obowiązkowy. Wiele razy tam nocowałem i pamiętam, że zawsze wszyscy byli przez Lotza budzeni wcześnie rano, latem około 4- tej godziny. Trzeba było oporządzić, nakarmić i napoić konia, krowy i inny inwentarz. Ugotować i zjeść śniadanie. A potem iść do lasu dla kontroli rewiru, rozdysponowania prac robotnikom leśnym, ich dozoru, i całego szeregu innych prac. Była jeszcze osada gdzie trzeba było zaorać, zasiać, zebrać i wymłócić- przygotować zapasy na cały rok dla rodziny i inwentarza. Nie widziałem Lotza odpoczywającego.
Zapamiętałem jegocharakterystyczny sposób podawania ręki na powitanie i pożegnanie. Cofał łokieć prawej ręki do tyłu tak, że dłoń była równo z bokiem, a potem po sekundzie czy dwu, lekko pochylony do przodu, błyskawicznie wysuwał rękę do przywitania.
Miał Lotz do pomocy w gospodarstwie człowieka na poły parobka, na poły domownika. Wszyscy znaliśmy go pod imieniem Leon, choć na prawdę miał na imię Pantalejmon, analfabeta, chyba bez rodziny, prawosławny gdzieś z pod Tarnogrodu. Nie wiem czy ktokolwiek znał jego nazwisko- zawsze Leon. Pracowita poczciwina słynął z powolności. Anegdotyczne były jego wyprawy w niedzielę do Szczebrzeszyna. Najpierw wyciągał świąteczne ubranie i czyścił go. Potem czyścił buty. Na tych czynnościach schodził mu czas do południa. Potem zaczynał się golić, myć, i robił to tak powoli, że był już prawie wieczór. Tenże Leon przechował aż do końca wojny rodzinę żydowską. Wykopał im w lesie ziemiankę, a potem zaopatrywał ich w żywność. Wiedziało o tym kilka osób, bo sam nie byłby w stanie zapewnić im pełnego zaopatrzenia. Rodzina ta po wojnie przeniosła się do Warszawy zabierając z sobą Leona. Tam dała mu mieszkanie, i zapewniła pracę stróża w Wedlu, a tym samym emeryturę.
Józef Lotz był żonaty z Marią Luge (Luż). Nie wiem jak się ta francuska rodzina znalazła w Polsce. Maria urodziła się w Hrasiukach w 1882 r. jako córka Piotra i Kazimiery Radzikowskiej. Wg aktu urodzenia jej ojciec był podleśnym Ordynacji Zamojskiej. Było to stanowisko w ówczesnej hierarchii leśnej bardzo wysokie. Zawiadywał on, bowiem wszystkimi lasami znajdującymi się w kluczu. Dobra Ordynacji Zamojskiej pod koniec XIX wieku, już po uwłaszczeniu chłopów, liczyły jeszcze ponad 180.000 ha., (w przeważającym procencie były to lasy), i dzieliły się na trzy klucze, Godziszewski, Księżopolski i Zwierzyniecki. Każdy z nich obejmował ogromny obszar. Klucz Zwierzyniecki np. obejmował okrąg lasów od Kosobud, Krasnobrodu, Józefowa poprzez Turzyniec, Kawęczyn, Niedzieliska, Kąty koło Zawady z powrotem do Kosobud. Ojciec Marii Luge, podleśny czy oficjalnie podleśniczy, mieszkając w Harasiukach, zarządzał być może kluczem Księżopolskim, który obejmował m. in. puszczę Solską, a więc obszarem obejmującym dzisiaj dwa czy trzy nadleśnictwa.
Wg instrukcji Ordynacji Zamojskiej z 19.XI.1858 : "Podleśniczy, jako najbliższy nadzór lasów sprawujący, obok dozoru zapobiegającego zniszczenia ich, a raczej pilnowania całości – zarówno mieć także powinien uwagę na ich porost, gatunki rosnącego drzewa i naturę ziemi, i tem celem najdokładniej obznajomić się obowiązany z miejscowością, położeniem i z nazwiskami uroczysk (dzielnic), błot, jeżeli jakie są, słowem wszystkiego w rewirze znajdującego się." Musiał mieć odpowiednie przygotowanie, być może nawet studia na jakimś zagranicznym uniwersytecie.
Maria swoją młodość spędziła u hrabiów Łosiów w Narolu. W jakim charakterze nie wiem. Ale raczej panny do towarzystwa niż służącej. Wskazywał na to jej sposób bycia. Swobodna, biorca udział w rozmowach i dyskusjach, mająca swoje zdanie, co w tym czasie nie było wśród kobiet powszechne. Jej zachowanie wskazywało na obycie w wielkim świecie. Nie wysoka, siwa, uczesana tak, że wszystkie włosy podniesione były równo z głową o kilka centymetrów do góry, tak jak na XIX rycinach. Żywa, wesoła, towarzyska, bardzo przez wszystkich lubiana. Pulchna, ale nie gruba. Zapamiętałem jak opowiadała, że bardzo lubiła jazdę konną.
Wszystkich intrygowało to małżeństwo. Nie tylko dlatego, że Maria była starsza od Lotza o 13 lat, ale też jak do tego doszło. Jak się poznali? On mieszkał, w Krzywem ona w Harasiukach. Najprawdopodobniej w prosty sposób. W Harasiukach, w leśnictwie, pracował stryjek Józefa Edmund. Być może u niego poznali się, a może to on wyswatał tą parę. Wg tradycji rodzinnej rodzice Józefa nie byli zadowoleni z tego, że ożenił się ze starszą o 13 lat panną.
Nie wiemy czy rodzina Marii też była niezadowolona z tego, że wyszła ona za mąż za zwykłego gajowego. Z jednej strony był to w świetle ówczesnych stosunków mezalians. Otrzymała na pewno jakieś wykształcenie w domu lub na pensji, gdyż przywiozła do gajówki Krzywe sporo książek m. in. trylogię Dumasa w skórkowej oprawie, i roczniki różnych czasopism. Z drugiej była już w takim wieku, że być może nie mogła znaleźć lepszej partii. Józef ze swoim ujmującym sposobem bycia, wrodzoną inteligencją, ciekawością świata, i szerokimi poglądami zawsze mierzył wyżej niż zwykły gajowy. Gdyby żył w czasach, w których działały szkoły (urodził się w roku1895, miał 20 lat, gdy w 1915r utworzono pierwszą szkołę w Szczebrzeszynie) na pewno zaszedłby zawodowo wyżej.
Sądząc z tego jak bratanek Janek zrobił się na starość podobny do Józefa, można sądzić, że Józef był podobny w latach swojej młodości do Janka - przystojny brunet.
Małżeństwo było bezdzietne. Maria zachorowała, myślę, że na raka, i zmarła po kilku miesiącach 28.09.1943. W czasie choroby Marii przyjechała na Krzywe jej siostra "Pani Helenka", aby opiekować się chorą. Też nie wysoka, siwa, zawsze ubrana w sukienki czy spódnice do samej ziemi. Jej wygląd, poglądy i zachowanie upodobniały ją do zakonnicy. Po śmierci Marii nie mając, dokąd wracać została w Krzywym przejmując całą gospodarkę "kobiecą" Pozostała tam przez kilkanaście lat nawet po powtórnym małżeństwie Lotza.
W roku 1947 Lotz oświadczył się mojej cioci Antoninie Głazowskiej nauczycielce Gimnazjum i Liceum w Szczebrzeszynie. Lecz ta nie chciała rezygnować ze swego wdowieństwa. Niedługo po tym ożenił się z Wandą Kowalską. Urodziła się ona w miejscowości Gorliczyna położonej 4 km od Przeworska jako córka Franciszka i Joanny Malinowskiej. Pracowała u Czyżewskich w majątku Tarnogóra koło Izbicy w przepięknym, olbrzymim pałacu wybudowanym na miejscu dworu Tarnowskich z XVI wieku. Nie wiem, w jakim charakterze, lecz opowiadała, że do jej obowiązków należało czytanie na głos książek starszej pani. Była zamiłowaną czytelniczką książek również podczas pobytu w gajówce Krzywe. Posiadała np. komplet książek Kraszewskiego. Po wojnie i parcelacji majątków ziemskich ukończyła kurs pielęgniarski, i pracowała jako pielęgniarka w przychodni zdrowia w Szczebrzeszynie. Piękną pamiątką jej pracy w Tarnogórze był przywieziony stamtąd na Krzywe inkrustowany sekretarzyk.
Była o 12 lat młodsza od Lotza. Spokojna, pracowita lubiana przez ludzi, bardzo oddana gajówce i Lotzowi. Małżeństwo ich trwało ponad 25 lat aż do roku, 1973 kiedy to Józef Lotz zmarł nagle prawdopodobnie na zawał serca. Wanda przeżyła męża o 15 lat. Mieszkała samotnie w gajówce Krzywe aż do swojej śmierci w roku 1988. Musiało to być ciężkie życie dla samotnej starej kobiety, bez prądu elektrycznego, z głęboka studnią, z której trzeba było ciągnąć wodę dla siebie i inwentarza, ogrzewania pomieszczeń porąbanym drzewem, oporządzania i utrzymania inwentarza itp. Miała śliczną srebrzystą klacz "Baśkę", na której konno przyjeżdżała z Krzywego, na "Szlakówkę", gdzie "Baśkę" zostawiała, a sama szła do miasta po zakupy. Później, w miarę upływu lat, i pogarszaniu się zdrowia, przyjeżdżała już wozem wyposażonym w półkoszek, oczywiście zaprzężonym w "Baśkę" W ostatnich latach zdana była na pomoc ludzi. Ogromnie dużo pracy i serca w opiekę nad Wandą, i zaopatrzenie we wszystko, co było jej potrzebne do życia włożyli bratankowie Józefa- Zdzisław i Janek Lotzowie. Zdzisław, który był nadleśniczym w Kosobudach, proponował nawet, aby przeniosła się do niego, lecz Wanda wolała pozostać w gajówce Krzywe.
Trzy pokolenia ludzi ze Szczebrzeszyna i okolicy znały Lotza ze spraw służbowych, lub chodząc do lasu na poziomki, borówki i grzyby, a najczęściej całymi rodzinami dla zebrania chrustu na opał. Zatrzymywali się u Lotza na kilka słów pogawędki, i dla napicia się wspaniałej w smaku wody ze studni liczącej kilkadziesiąt metrów głębokości.
Postać Lotza jest do dzisiaj popularna wśród mieszkańców najbliższych okolic pomimo tego, że wielu go nie zna, gdyż Lotz nie żyje już od kilkudziesięciu lat. Do dzisiaj np rozdzielając się w poszukiwaniu grzybów umawiają się na późniejsze spotkanie "koło Lotza", lub "u Lotza", a także przekazują sobie informacje terenowe: "w prawo od Lotza", "za Lotzem", "przed Lotzem" itp.
Lotz nie mając dzieci traktował mnie nieraz jak syna. Zabierał na obchód lasu ucząc m.in. szukania, i rozpoznawania gatunków grzybów. Stawał w pewnym momencie, wyciągał z kieszeni scyzoryk i mówił: no to ciach. Znaczyło to, że w pobliżu jest grzyb, i musiałem go znaleźć. W połowie okupacji do Krzywego została przywieziona, i oddana w opiekę Lotzowi, pasieka Ordynacji liczącą około 150 uli. Była to dla niego dodatkowa bardzo absorbującą praca, do której o pomoc często mnie prosił. Szczególnie podczas rojenia się pszczół. Musiałem wychodzić na wysokie drzewa, aby zdjąć wyrojone pszczoły. Pomagałem mu również przy podbieraniu miodu, gdyż nie miał mu kto pomagać. Kobiety bały się pszczół, a Leon ze swą powolnością był złym pomocnikiem w pracy, która nieraz wymagała szybkości. Część uli znajdowała się w Nowinach za Michalowem, tam mógł liczyć tylko na moją pomoc. Kiedyś po "miodobraniu" w Krzywym mieliśmy przygodę. Miodem napełnione były dwie beczki, które trzeba było odwieść do nadleśnictwa w Kosobudach. Odjechaliśmy furmanką z beczkami zaledwie około 500 m od gajówki, kiedy wyskoczyło dwu uzbrojonych w pistolety, i zamaskowanych mężczyzn. Położyli nas na ziemi i pilnowali, konia zaś zdzielili batem, aby jechał dalej. Po kilkudziesięciu metrach furmanka najechała na jakiś korzeń, przewróciła się a miód z beczek się wylał. Uciechę miały przez kilka dni pszczoły, które wyzbierały miód do ostatniej kropli.



Od lewej Józef Lotz i Roman Kołodziejczyk przy swoich ulach.

Niezapomniana była dla mnie wizyta, u Lotza z moją niedawno poślubioną żoną. Było to w połowie lat 50- tych ubiegłego wieku. W pewnym momencie Lotz przypomniał moją przygodę, kiedy w czasie akcji oswobadzanie więźniów prowadzonych ze stacji kolejowej byłem gońcem d- cy tej akcji "Kosy", i dostałem się pod ostrzał atakujących własowców. Czołgając się podrosłymi zbożami dotarłem do połowy Brodzkiej Góry, i tam doczekałem wieczora. Otóż Lotz mówił: mnie ktoś doniósł, że leżysz ranny, a może zabity w zbożu, Szukałem ciebie całe popołudnie i noc. I tutaj Lotz człowiek niezwykle twardy rozpłakał się jak dziecko.
W gajówce Krzywe od przed wojny aż do połowy lat czterdziestych ubiegłego wieku mieszkał oprócz Lotza drugi gajowy Kawka, wywieziony w roku 1944 na Sybir za współpracę z partyzantką. Wrócił po kilku latach, ale już nie do gajówki Krzywe.




Strona Główna    Wspomnienia